Wydawałoby się, że 15 lat po upadku komunizmu wszyscy nauczyli się już, że biznes polega na tym, że klientom oferuje się to czego oni oczekują i traktuje się ich z szacunkiem. Okazuje się, że nie jest to wcale wiedza tak powszechna - cały czas spotykam się (i zapewnie nie tylko ja) z sytuacjami rodem z 'Misia' albo 'Zmienników'. Więc może czas zacząć popularyzować wiedzę o tym jak należy (i jak na pewno nie należy) traktować klientów.
Kategorie: Wszystkie | Bingo | Humor | Idea | Skucha
RSS
piątek, 30 grudnia 2005
Zmiany są trudne
'ludzie są bardziej skłonni cierpieć, jeśli jest to do wytrzymania, niż poprawić swój byt poprzez porzucenie form działania, do których przywykli'

Thomas Jefferson, 1776

i współczesna ilustracja tego zjawiska - za Rzeczpospolitą:

Nawet dwa razy szybciej mogłoby przebiegać wydawanie praw jazdy czy dowodów osobistych, gdyby urzędnicy stołecznego magistratu nauczyli się lepiej korzystać z komputerów i systemów informatycznych. Teraz zamiast wysyłać dokumenty e-mailem, piszą je tradycyjnie.

Już ponad rok temu w biurach urzędu miasta wymieniono stary sprzęt elektroniczny: kupiono ponad tysiąc komputerów, zbudowano infrastrukturę do transmisji danych oraz zintegrowany system aplikacji, który wspiera pracę biur.

Zakupy miały usprawnić pracę urzędu i przyspieszyć załatwianie spraw petentów. Ale nie do końca przyspieszyły.

- Pracownicy nie chcą się uczyć obsługi komputerów albo wręcz bojkotują system! - skarży się nieoficjalnie jeden z kierowników w ratuszu. - Ci, którzy przełamali się, wprawdzie wysyłają e-maile, ale w ślad za nimi dołączają jeszcze tradycyjne pisma opatrzone pieczątką i podpisem. Przez tę podwójną buchalterię czas załatwiania wydłużył się o 25 - 30 procent - dodaje.

Marek Chodkiewicz, dyrektor Biura Administracyjno-Gospodarczego (zajmuje się zaopatrzeniem urzędów), przekonuje, że jest w tej sprawie bezsilny.

- Tylko moje biura zużywają miliony kartek. Wiem, bo kupuję, a nie musiałbym, gdyby urzędnicy korzystali z poczty elektronicznej. Tymczasem wolą mieć informacje na papierze - żali się.

Szefowie poszczególnych biur odbyli rozmowy dyscyplinujące z podwładnymi: przekonywali, zachęcali, szkolili. Okazuje się, że pieniądze zostały wydane, ale na skutki trzeba poczekać. Wykazała to m.in. wrześniowa ankieta wśród urzędników, w której pytano o funkcjonowanie systemu. Nie potrafili udzielić odpowiedzi na banalne pytania, bo... w pracy nawet nie włączają komputerów!

Marek Chodkiewicz opowiada, że kiedy któregoś dnia przyszedłdo jednego z wydziałów, komputer nie był uruchomiony, mimo iż na zegarze była już godzina 11.

- Tłumaczyli się jak dzieci z podstawówki: że system wolno się uruchamia i hałasuje, że aż ich głowa boli - mówi dyrektor.

Według szacunków BAG informatyzacji urzędu opiera się ok. 40 - 50 proc. urzędników. W większości są to osoby starsze, które przyzwyczaiły się do sprawdzonych procedur postępowania z dokumentacją urzędową i teraz nie chcą zmieniać nawyków. - Tłumaczymy im, że od tego nie ma odwrotu, ale niektórzy są niereformowalni. Zatrzymali się gdzieś w XIX wieku - twierdzi Jacek Baldy, zastępca dyrektora Biura Administracyjno-Gospodarczego.

Według dyrektora Chodkiewicza najszybciej należałoby poprawić sytuację w Zarządzie Dróg Miejskich, wydziale edukacji oraz urzędach stanu cywilnego - tam sytuacja jest najgorsza. Jednak do tej pory dyrektorzy biur magistratu nie postawili pracownikom ultimatum: albo nauczą się obsługi komputerów, albo pożegnają się z pracą.

- Staramy się załatwić tę sprawę polubownie - mówi Marek Chodkiewicz. Zastrzega, że nie będzie żadnych czystek w urzędzie. Jednak rozważa się podjęcie innych, mniej radykalnych środków, które zdyscyplinują opornych na naukę urzędników.

12:31, jchoinski
Link Komentarze (3) »
zero osiemset
Z różnego rodzaju infolinii, serwisów transakcyjnych i innych usług dostępnych przez telefon korzystamy już chyba wszyscy. I w moim poczuciu nie ma mniej przyjaznego dla klienta medium kontaktu z firmą niż właśnie infoliniia. Musimy wysłuchiwać przynudnych ostrzeżeń o tym, że rozmowy są nagrywane, natrafiamy na reklamy produktów, które nas nie interesują i musimy ich cierpliwie słuchać, bo przed taką reklamą nie można uciec. Ponadto musimy wysłuchiwać sztucznie wygenerowanych komunikatów mówiących jaki klawisz nacisnąć w danej chwili. A najgorzej, jak takie poruszanie się po menu doprowadzi do 'oczekiwania na połączenie z konsultantem' - okazuje się, że jak mamy pecha, to możemy czekać 20 minut słuchając jakieś nudnawej muzyczki. I czekamy. Czekamy. Czekamy....

I jak miło by było usłyszeć wtedy komunikat 'przepraszamy, nasi konsultanci są zajęci - zostaw nam swój numer telefonu, a skontaktujemy się z Tobą w ciągu godziny'. Rozwiązanie dość trywialne - ciekawe czemu nikt na to nie wpadł. Pewnie dlatego, że systemy callcenter projektuje się z myślą o obniżeniu kosztów, a nie zwiększeniu przychodów.
12:04, jchoinski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2005
Co gazeta ma z internetu
Chyba już prawie wszyscy przyzwyczailiśmy się do internetowych wydań gazet (a zwłaszcza dzienników). Sprawdzanie aktualności na stronach internetowych jest właściwie powszechne, ale mi często zdarza się sięgnąć również do dłuższych artykułów. A papierowe wydania dzienników kupuję sporadycznie. Obserwując jednak jak poszczególne czasopisma organizują swoją obecność w internecie można zauwazyć dwie dominujące strategie.
  • umieszczanie na stronach WWW całej (lub prawie całej) zawartości wydania papierowego do swobodnego dostępu (np Gazeta Wyborcza)
  • mniejsze lub większe limitowanie zakresu informacji dostępnych bezpłatnie na stronach www - pozostałe informacje dostępne są jedynie w wydaniu papierowym lub za dodatkową opłatą (patrz Rzeczpospolita)
Odnoszę dziwne wrażenie, że jedynie pierwsza strategia prowadzi do sukcesu - druga jest skazana z założenia na porażkę. Dlaczego? Powodów jest kilka:
  1. Rynek wiadomości papierowych (a więc gazet) to nie ten sam rynek, co rynek wiadomości internetowych. Zupełnie inny jest odbiorca - zwykle bardziej konserwatywny w przypadku wydań papierowych). Zupełnie inny jest też sposób korzystania z wiadomości - gazetę papierową czyta się w autobusie, tramwaju lub przy kawie/obiedzie, a wiadomości internetowe - w krótkich przerwach w pracy, w kawiarenkach internetowych czy wieczorem w domu w przerwie w odpowiadaniu na maile. Dlatego nie jest prawdą, że jak się zamieści wiadomości w sieci za darmo, to ludzie przestaną kupować gazety - tak samo, jak nie przestali chodzić do kina, mimo że jest telewizja i wypożyczalnie filmów.
  2. Wydawnictwa nie zarabiają (a przynajmniej nie powinny) na sprzedaży gazet. W czasach, gdy wszystkie newsy prędzej czy później (a zwykle znacznie prędzej) znajdują się w internecie niż na papierze nie można oczekiwać, że ktoś zapłaci 3 złote za to, że może przeczytać wiadomości. Te 3 złote płaci raczej za to, że te wiadomości ma na papierze, nie zginą mu one ani ich nie zgubi i co najważniejsze będzie mógł przeczytać bez komputera. I te 3 złote to cena za papier, farbę drukarską, wysiłek kioskarza i dystrybutora - same aktualności są za darmo.
  3. Wiadomości są wszędzie takie same (lub prawie takie same) - wystarczy porównać zawartość kilku wiodących portali. A jak są wszędzie takie same, to jak w jednym miejscu ich nie znajdę lub będę musiał za nie zapłacić, to pójdę do innego, gdzie są za darmo. I dla wydawcy już chyba lepiej jak ich nie ma niż są płatne - wtedy i tak kosztują niewiele (bo kto by zapłacił więcej), a muszą zrekompensować niemały nakłady na system służący do rozliczania płatności.
  4. Jak jedna gazeta ma całą zawartość w internecie a inna nie, to ta druga w opinii większości internautów jest po prostu gorszą gazetą.
Na koniec przykład zza Wielkiej Wody - magazyn o nowej ekonomii Fast Company. Startował w czasach boomu internetowego z założeniem, że cała zawartość wydania papierowego (a nawet więcej) będzie dostępna w internecie. Wszyscy łapali się za głowę: 'jak będziecie w internecie, to nikt nie będzie kupował wydania papierowego i zbankrutujecie'. I w przeciwieństwie do innych podobnych czasopism powstałych w tym okresie nie dość, że nie zbankrutowali, to jeszcze mają się wyśmienicie. A obecność w internecie napędza im ciągle nowych prenumeratorów - dużo łatwiej jest wysłać komuś link do ciekawego artykułu niż skserować mu ten artykuł i wysłać zwykłą pocztą :-)
22:50, jchoinski
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2005
Szczegóły są ważne
... często ważniejsze niż się wydaje. Dziś byłem na obiedzie w całkiem przyjemnej knajpce w Factory - zamówiliśmy pizzę i dwie kawy. W knajpie klimat bardzo miły (choć można palić niestety), kawa też smaczna, tak samo pizza. I wszystko fajnie gdyby nie sos do pizzy - dostaliśmy jako sos zwykły ketchup, w dodatku bardziej pomarańczowy niż czerwony i trochę zalatujący chemią - więc chyba z tych najtańszych. O dziwo - podany w estetycznych malutkich miseczkach. Koszt pizzy - 13 PLN (w tym ketchup pewnie 0,15 PLN). Gdyby nie ten sos pizza spokojnie mogłaby kosztować 30 PLN i nikt nie miałby oporów w zapłaceniu takiej kwoty - sama pizza była naprawdę pyszna. Ale trzeba by było zainwestować 0,50 PLN w dobry sos.  Pewnie to wina ducha Factory, gdzie wszystko musi być przynajmniej 30% tańsze ;-)

A teraz piję kolejną kawę w Coffee Heaven, gdzie wszystko jest perfekcyjne. W dodatku mają nowe kawy orientalne - polecam tiger CHAI - oczywiście jak ktoś lubi kardamon i cynamon :-)
19:28, jchoinski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 grudnia 2005
Przemyć Panu szybki?
Każdy, kto jeździ na codzień samochodem co jakiś czas spotyka się z pytaniem jak w tytule. Okazje są z reguły dwie - pierwsza to stacja benzynowa, druga - młodzież na skrzyżowaniach w sezonie wakacyjnym i przedwakacyjnym.

Ponieważ do wakacji daleko, dziś będzie o stacjach benzynowych. W pierwszy dzień Świąt spotkało mnie to miłe zaskoczenie na stacji PKN Orlen pod Białymstokiem. Podjechałem zatankować i skorzystać z toalety i po powrocie zastałem samochód z dokładnie przemytymi (a nie rozmazanymi) wszystkimi szybami. Co więcej - z pobliżu nie było nikogo, komu mógłbym dodatkowo zapłacić za tą usługę. A więc albo pan, który przemył mi szyby też musiał się udać do toalety ;-) , albo nie oczekiwał żadnej dodatkowej gratyfikacji i traktował to jako element swoich obowiązków służbowych. Na pewno chętnie skorzystam z tej stacji jeszcze nie raz w drodze do Białegostoku :-)

Ale jeszcze ciekawiej bywa na stacji Shella między Jankami a Nadarzynem - z tej stacji korzystam regularnie i algorytm jest zawsze ten sam :-). Ponieważ jeżdżę dużym białym cokolwiek luksusowym samochodem, którego markę pewnie zdradzę przy jakiejś okazji, często spotyka mnie wyjątkowe traktowanie. I dlatego:
  • jeśli zamierzam tankować benzynę (a najlepiej gdy samochód jest dodatkowo dość czysty na zewnątrz), to panowie, którzy zajmują się nalewaniem benzyny (zwykle w liczbie około trzech) widząc jak podjeżdżam pod dystrybutor nieomal biegną w moim kierunku i kłócą się, który mnie obsłuży. Oczywiście szyby mam umyte, często również lusterka, samochód zatankowany bez walki z pistoletem od dystrybutora. I pan niecierpliwie czeka na napiwek po moim powrocie z kasy - często przerywając w tym celu obsługę innego klienta, posiadającego mniej prestiżowe auto
  • jeśli tankuję gaz (jeżdżę najczęściej na gazie, ale co jakiś czas również na benzynie, którą tankuję akurat tylko na Shellu) procedura jest zupełnie odmienna. Najpierw muszę czekać, aż któryś z panów mnie zauważy i leniwie podejdzie do dystrybutora. Zawsze pytają za ile zatankować (przy benzynie pytają czy do pełna). Po czym nalewają, ja w tym czasie idę zapłacić, po czym wracam do samochodu z brudnymi szybami i sam te szyby sobie czyszczę. Widać 'klient z gazem = skąpy klient'
  • raz zdarzyło mi się tankować pożyczonego Fiata Punto koleżanki - algorytm jak przy gazie, choć tankowałem benzynę. W dodatku pan się pytał, czy nie szkoda mi tankować paliwa na Shellu do takiego auta - nie ma to jak dobrze wyszkolony personel ;-)
Dodam, że moja szczodrość dla panów nie zależy od tankowanego paliwa, a raczej od przydatności usługi, czyli od tego, jak bardzo brudne były szyby i jak dobrze zostały przeczyszczone. Ciekawe jest to, że jak podjeżdża klient 'niskoprestiżowy' to panowie tylko stoją i czekają marnotrawiąc czas - widać mycie opłaca się tylko przy pewnym 'prawdopodobieństwie napiwku' ;-)

I już myślałem, że to specyfika Shella vs Orlenu - ten pierwszy już słynie z dobrej obsługi, ten drugi natomiast robi wiele, żeby przestać słynąć z kiepskiej - i z moich obserwacji wynika, że odnosi na tym polu sukcesy. Ale nic z tego - stacja Shella na Stawkach w Warszawie, wspomniany Fiat Punto, tankowanie za 60 PLN (A nie do pełna jak zwykle). Wychodzę z auta zapłacić i wracam do samochodu z umytymi szybami :-). A więc jednak Shell nie ma w tej dziedzinie standardu korporacyjnego :-)
21:19, jchoinski
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2005
O ulotkach
Od jakiegoś czasu jesteśmy przyzwyczajani do ulotek rozdawanych nam przy przeróżnych okazjach. Jedną z tych okazji (a właściwie braku okazji) są ulotki wręczane nam na ulicach, najczęściej przez dorabiającą młodzież. Wszyscy pewnie mamy ich dość, tym bardziej, że reklamodawcy (i sami rozdawacze) są chyba zainteresowani jedynie wciśnięciem tych ulotek jak największej liczbie osób, bez względu na ich reakcję. A to, że za chwilę taka ulotka wyląduje w koszu na śmieci, lub co gorsza na chodniku, chyba nie bardzo kogokolwiek interesuje.

Stąd najskuteczniejszą strategią jest rozdawanie ulotek w najbardziej zatłoczonych miejscach. Najlepiej np przy wyjściu z przejścia podziemnego, najlepiej mocno uczęszczanego. Są tam schody, co powoduje, że ludzie idą wolniej i robi się ciaśniej. Każdy ma dość tej ciasnoty, kończą się schody i chcemy jak najszybciej uciec do trochę luźniejszej przestrzeni na ulicy. I dzieli nas od tego tylko kilka osób rozdających ulotki. Co robimy? Bierzemy tą ulotkę i zmywamy się czym prędzej. Ulotka nas nie interesuje, a w dodatku 'wręczyciel' nas zirytował, bo stał na drodze do otwartej przestrzeni. Więc ulotkę chowamy do kieszeni lub wyrzucamy czym prędzej.

A gdyby tak reklamodawców interesowała skuteczność a nie ilość? Wtedy skuteczna byłaby zupełnie inna strategia; rozdający powinni iść ulicą i wręczać (a nie wciskać) ulotki napotkanym osobom. Przy okazji można się uśmiechnąć, nawiązać kontakt wzrokowy, powiedzieć 'proszę bardzo'. Na pewno dużo większy odsetek ludzi przeczyta tą ulotkę. W sumie same plusy - więc dlaczego się tego nie robi? Po pierwsze - skuteczność reklamy zmierzyć dużo trudniej niż liczbę rozdanych ulotek. A po drugie - do takiego rozdawania nie można zatrudnić licealisty lub licealistki, którzy stoją z jedną ręką w kieszeni, rozmawiając ze sobą, a ulotki rozdając 'przy okazji'. Trzeba zatrudnić kogoś zaangażowanego - a to jest znacznie droższe.

Czyli lepiej zrobić tanio i byle jaki, niż drożej a dobrze. Szkoda - tym bardziej, że muszę za każdym razem omijać tych 'ulotkowiczów' z rękami w kieszeniach. NA szczęście coraz więcej osób tak robi - więc może z czasem skuteczność tej metody zmaleje na tyle, że zmusi do myślenia ;-)
22:12, jchoinski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2005
Linie lotnicze
Dzis interesujący kawałek z innego bloga - http://kazachstanpolska.blox.pl (za zgodą autorki).

"
Jakiś czas temu w naszym cudnym kraju, bardzo pilnie musiałam zmienić termin rezerwacji biletu lotniczego (do Almaty oczywiście), zatem dzwonię do przedstawiciela linii lotniczych. Tak jak nie dziwią mnie pewne dialogi gdy jestem tam, tak w szoku jestem gdy takie same mają miejsce, gdy jestem tu.
- bla bla bla bla bla... (nic nie zrozumiałam z nazwy firmy, przez słuchawke poczułam zapach bułki z ust operatorki) dzień dobry w czym mogę pomóc.
- Dzień dobry chciałabym zmienić datę rezerwacji na lot do Almaaty, czy....
- To musi Pani z Panem P. się kontaktować, ale on teraz jest zajęty.
- Pod jakim numerem?
- To jest do niego numer, ale on teraz nie może rozmawiać.

Dzwonię za 15 minut, zajęte, za 30 też zajęte, za 45:
- bla bla bla... dzień dobry w czym mogę pomóc tym razem męski głos.
- czy mogę z Panem P.?
- przy telefonie, ale proszę chwilę zaczekać -
czekam jakieś 10 minut gdy on rozmawia -
niech Pani zadzwoni za jakieś 15 minut bo teraz jestem zajęty.
- Proszę Pana dzwonię z Wrocławia i skoro tak trudno złapać mi dobry moment na rozmowę to czy byłby Pan tak miły i zadzwonił do mnie na mój numer, kiedy będzie Pan miał możliwość rozmowy?
- Pani żartuje chyba, kto tu ma do kogo interes, Ja do Pani czy Pani do Mnie???
"

Interesujące - szkoda, że nie wiem jakie to linie. PLL LOT czy Aeroflot? Bo chyba nie KLM lub Lufthansa? W każdamy razie - bez względu na to, jaka to linia - scena zupełnie jak z 'Misia'.
13:29, jchoinski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 grudnia 2005
Dawanie za darmo nie działa
Tydzien temu zmienił się rozkład jazdy pociągów PKP. Ponieważ mieszkam pod Warszawą, często korzystam z usług tej instytucji. PKP oczywiście cały czas nie rozumie, że zarabia pieniądze wożąc pasażerów, a przewiezie ich tym więcej, im więcej z pociągu wysiądzie zadowolonych. Ale nie o tym będzie dzisiejszy post.

Otóż w związku z tym, że jeżdżę na stałej trasie, tak jak pewnie kilka tysięcy innych osób z mojego miasta, zwykle robię sobie w Excelu mały podręczny rozkład jazdy (i przy okazji rozdaję ten plik znajomym). W tym roku postanowiłem poszerzyć zakres owego rozdawnictwa i udostępniłem ten rozkład do pobrania w internecie. Przygotowałem stosowną stronę w HTMLu, wraz z koleżanką rozwiesiliśmy na dworcu kilkanaście plakatów i czekałem na efekty...

Efekty przyszły - strona odnotowała już ponad ponad 400 wejść, więc jednak rozkład się komuś przydał - to pozytywna wieść :-). Na stronie poprosiłem wszystkich odwiedzających by odwiedzili mój blog (jako formę podziękowania) i zamieściłem stosowny link - niestety tych odwiedziń było tylko 20. Czyli tylko 5% osób odwiedzających moją stronę poczuło się zobligowanych do jakiejś formy odwdzięczenia się za to, co stamtąd pobrali :-(. Czy to znaczy wszystkie autorytety  z dziedziny nowoczesnego marketingu, które mówią, że jeżeli da się coś za darmo, to można się spodziewać, że również coś się za darmo otrzyma nie mają racji? Smutne - jeśli tak, to jesteśmy sami skazani na to, by firmy traktowały nas jak debili, którym należy wcisnąć jak najwięcej ogłupiającej reklamy a potem wydrylować ich kieszenie. Nota bene - każdy może to zaobserwować na masową skalę z racji zbliżających się świąt, kojarzonych jeszcze przez nielicznych z narodzinami Kogoś, kto miał nas wyzwolić od cierpienia. A może jednak się mylę - może próbka była źle dobrana, ludzie nie umieli korzystać z internetu albo podejrzewali, że ich w jakiś sposób próbuję oszukać namawiając do kliknięcia na ten link? Bardzo chciałbym w to wierzyć - niestety póki co nie mam podstaw :-(
22:53, jchoinski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 grudnia 2005
Szanuj każdego klienta
Dziś wpis bardzo pozytywny - znowu 'zasłyszany od znajomych'.

Otóż znajomi poruszają się po polskich drogach samochodem dość rzadkim - zarówno z racji na markę (Subaru), jak i wiek i stan wizualny (samochód ma kilkanaście lat). Oczywiście właściciele samochodów w Subaru tworzą dość zwartą 'klikę' komunikującą się głównie za pomocą internetu (pod patronatem Subaru Import Polska). Ale nie to jest takie zdumiewające - zdumiewający jest fakt, że dyrektor polskiego Subaru pozdrowił ich gdzieś na trasie, mimo, że jechali samochodem, który z powodu swojego wieku i wyglądu prawdopodobnie do pozytywnego wizerunku Subaru w Polsce niezbyt się przyczynił. Może liczy na to, że jak owa maszyna rozpadnie się zupełnie, to kupią kolejną tej samej marki (co jest akurat wysoce prawdopodobne ;-))?

Aż mi trochę szkoda, że zamiast Subaru wybrałem inną markę ...
21:04, jchoinski
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 grudnia 2005
O tym, że pieniądze zarabia się trudno, ale czasem wydaje jeszcze trudniej
Tym razem historia otrzymana od znajomych - niestety z tych mało optymistycznych:

Postanowiliśmy kupić materac. Stojąc przed tym trywialnym zadaniem, patrzyliśmy z ufnością w przyszłość, decydując się zapłacić niebagatelną kwotę 1,5 tys. W zamian spodziewaliśmy się: fachowej porady, miłej i sprawnej (!) obsługi no i materaca oczywiście.

Salon materacy Selene – centrum Janki pod Warszawą

Automatycznie otwierające się drzwi zauważyły nas od razu – pani w salonie zajęło to znacznie więcej czasu. Organiczny czujnik ruchu bacznie spojrzał na nas znad okularów – Coś wam (“Wam”? chyba jednak - “wam”) pomóc? - Szukamy materaca – myślimy o lateksowym z trzema strefami twardości, chyba że poleci nam Pani coś innego? - Aaa, ja to się i na takich zwykłych sprężynach wyśpię. (??!!)

Jakkolwiek bardzo ucieszył nas Pani brak problemów ze spaniem, postanowilismy egoistycznie nadal realizować własne potrzeby – nie odwołując się do Pani pomocy, która nadwyraźniej nie wchodziła w zakres jej obowiązków (i chęci?).

Wpłacilismy zaliczkę (obniżając ją z 500 zl na 300 – tyle mielismy przy sobie), zrezygnowaliśmy z transportu – byłby płatny, bo mieszkamy trochę za daleko – i decydując się odebrać materac samodzielnie za ... ok 2 tygodnie. Gdzie? - Nie, nie tam gdzie wpłacamy zaliczkę, ale już w samej Warszawie. Przełykajac kolejną gorzką pigułkę bez płynu, przystalismy i na to. Ale... zanim pojedziemy do Warszawy odebrać ów materac, musimy ... jeszcze wrócić do Salonu i dopłacić resztę gotówki :)

Materac jest ok. Może dlatego, że podobno najbardziej ceni się to – co nam trudno przyszło ;)

Rozumiem McDonalda, rozumiem Empik - ale jak się sprzedaje materace za 1500 PLN, to już chyba warto zadbać o klienta? Ale człowiek jak widać uczy się całe życie.
12:33, jchoinski
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Napisz do mnie

kuba(at)choinski.pl