Wydawałoby się, że 15 lat po upadku komunizmu wszyscy nauczyli się już, że biznes polega na tym, że klientom oferuje się to czego oni oczekują i traktuje się ich z szacunkiem. Okazuje się, że nie jest to wcale wiedza tak powszechna - cały czas spotykam się (i zapewnie nie tylko ja) z sytuacjami rodem z 'Misia' albo 'Zmienników'. Więc może czas zacząć popularyzować wiedzę o tym jak należy (i jak na pewno nie należy) traktować klientów.
Kategorie: Wszystkie | Bingo | Humor | Idea | Skucha
RSS
środa, 09 stycznia 2008
Idealny kelner

Dziś zamiast opisywać własne doświadczenia związane z obsługą klienta postanowiłem skorzystać z doświadczenia Johna G. Millera, autora książki QBQ! The Question Behind the Question.

Otóż pan Miller w swojej książce (jeszcze nie przeczytałem całości, więc nie wiem, czy ją polecać) opisuje historię z pewnej zatłoczonej restauracji gdzieś w Ameryce. Restauracja była tak zatłoczona, że jedyne wolne miejsce jakie znalazł, to wysoki taboret przy barze. Usiadł tam oczekując na to, aż barman się nim zainteresuje, ale niestety - barman był tak zarobiony, że przez kilka minut nie znalazł chwili, żeby się zainteresować nowo przybyłym klientem. W końcu zaczepił go jakiś kelner wracający od stolika z tacą wyładowaną brudnymi sztućcami i talerzami:

- Przepraszam, czy ktoś podał już panu menu?

- Jeszcze nie, ale właściwie, to nie jest mi potrzebne. Chciałbym tylko zamówić sałatkę grecką i Diet Coke

- Przykro mi, ale nie serwujemy Coca-Coli tylko Pepsi - może być?

- W takim razie niech będzie tylko sałatka

Kelner zniknął w kuchni i za 2 minuty pojawił się z talerzem sałatki greckiej, po czym popędził do obsługiwanego przez siebie rewiru. Autor zadowolony przystąpił do konsumpcji, ale po chwili został ponownie zaczepiony przez tego samego kelnera, który wręczył mu szklankę i lodowatą butelkę Diet Coke

- Ale mówił pan, że nie serwujecie Coca-Coli?

- Bo nie serwujemy, ale skoro nie chciał pan Pepsi to uznałem, że naprawdę zależy panu na produkcie firmy Coca-Cola.

- Ale skąd ją pan wytrzasnął?

- Ze sklepu po drugiej stronie ulicy

- Nie mam jej na rachunku

- Nie szkodzi - to tylko $1, zapłaciłem z własnej kieszeni

- To bardzo miło, ale widzę jaki pan jest zabiegany - jak pan znalazł czas, żeby wyjść do sklepu?

- Nie znalazłem - wysłałem tam swojego kierownika

I to właśnie jest moim zdaniem przypadek wzorowej obsługi klienta w restauracji. Na marginesie mogę jeszcze dodać, że gdy autor następnym razem pojawił się w tej restauracji, jej kierownikiem był już ów nadgorliwy kelner.

Prawdę mówiąc mi się coś podobnego chyba nie zdarzyło jeszcze - choć mam kilka pozytywnych wspomnień z restauracji. Ale może ktoś z was ma podobne doświadczenia? Jeśli tak, to zapraszam do podzielenia się nimi poniżej.

16:52, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (35) »
niedziela, 29 lipca 2007
Jak sprzedają jabłka w Londynie

Przed kilkoma dniami wróciłem z Londynu (od razu zapewniam, że nie szukałem tam pracy) i oczywiście, skoro udało mi się odwiedzić trochę inną cywilizację (mają np. bezpłatne czyste toalety w metrze), to teraz na jakiś czas będę miał o czym pisać.

Na początek będzie o jabłkach - otóż w Londynie do ich sprzedaży podchodzą o wiele bardziej profesjonalnie - być może dlatego, że sprzedażą zajmuje się tam firma Apple Inc. a nie lokalna firma krzak, której udało się przekonać producenta, że dobrze reprezentują jego interesy w Polsce. W każdym razie w Londynie są dwa oficjalne Apple Store'y - jeden z nich w centrum handlowym Brent Cross, a drugi - na Regents Street, w samym centrum Londynu (5 minut piechotą od Picadilly Circus). Ja miałem okazję (wielokrotną) odwiedzić ten drugi.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to wielkość - sklep nie jest może wielkości Media Marktu, ale dorównuje wielkością większości Empików. Oczywiście w środku jest mnóstwo Maców, iPodów i wszelkiego rodzaju innych zabawek, które można do woli dotykać i się nimi bawić (u nas cały czas taka próba zabawy spotyka się z nerwową reakcją personelu). Oczywiście na miejscu można kupić oprogramowanie na Maca (łącznie z grami, których podobno do Polski się nie opłaca sprowadzać), mnóstwo gadżetów, o których istnieniu nie miałem pojęcia (np. kolorowe obudowy na MacBooka) no i oczywiście same komputery i iPody (w dodatku taniej niż w Polsce).

Mi spodobało się coś jeszcze - nazywają to Personal Shopping. Otóż od momentu wejścia do sklepu można sobie wziąć ze sobą sprzedawcę i chodzić z nim po całym sklepie, zadając mu pytania, dowiadując się co i jak działa i co więcej - na wiedzy tego sprzedawcy można polegać (w polskich iSpotach nie radzę tego robić, bo można się nieźle przejechać jak się posłucha bajek opowiadanych przez personel). Co więcej - jak się już wybierze co chce, to można u takiego sprzedawcy od razu zapłacić (mają taką torbę z małą kasą fiskalną i czytnikiem kart, a gotówkę też chętnie akceptują).

Sprzedawcy stoją przy wejściu do sklepu i grzecznie czekają na kupujących - można sobie wybrać takiego sprzedawcę jakiego się chce, a nie pierwszego z kolejki. Więc jak ktoś jest bardzo wybredny to może sobie np. zrobić zakupy w towarzystwie wysokiej szczupłej azjatki (albo wysokiego, dobrze zbudowanego mulata). Aha - bo ktoś już mnie o to pytał - można sklep zwiedzać bez sprzedawcy i też jest OK. Można też się umówić przez internet ze sprzedawcą na konkretną godzinę i wtedy można sobie zamówić sprzedawcę, który jest ekspertem z danej dziedziny (np. zna się na cyfrowej obróbce dźwięku i pomoże nam kupić oprogramowanie (i sprzęt) do przygotowania hiphopowego hitu lata)

Oczywiście będąc na miejscu zrobiłem kilka zdjęć - jedno z nich (z oczekującymi sprzedawcami), prezentuję powyżej, a resztę znajdziecie tutaj.

14:26, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (22) »
piątek, 22 czerwca 2007
Klient ma prawo do gorącej kawy

Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję odwiedzić sklepy Almi-Decor.To taka firma, która zajmuje się sprzedażą mebli - dość wyszukanych i nie koniecznie najtańszych. Ja co prawda za takimi mebla nie przepadam, ale Almi-Decor ma coś jeszcze - nazywa się to Almi-Cafe i mają tam dobrą kawę i najlepsze naleśniki ze szpinakiem jakie mi się w życiu zdarzyło jeść.

Ostatnio byliśmy sobie (ja i Zuza, która udziela się tutaj dość rzadko) w Almi-Cafe w Złotych Tarasach (akurat to centrum handlowe to temat na oddzielny post - nie koniecznie pochlebny). Nie pamiętam co zamówiłem, ale Zuza zamówiła kawę (taką z bitą śmietaną) i naleśnik ze szpinakiem. Poprosiła przy tym o kawę przed naleśnikiem (widać była już bardzo śpiąca).

I rzeczywiście - najpierw podano kawę, ale naleśnik pojawił się 2 minuty później. Więc Zuza zaczęła zajmować się naleśnikiem, a kawa sobie stała i czekała (popijanie naleśnika kawą chyba nie jest najlepszym pomysłem). Oczywiście konsekwencje były takie, że jak się naleśnik skończył, to kawa była już trochę mniej ciepła.

W tym momencie zareagowała obsługa (bez żadnej uwagi z naszej strony). Najpierw Zuza została przeproszona, za to, że naleśnik pojawił się tak szybko i nie miała czasu podelektować się smakiem kawy. A następnie zaproponowano wymianę kawy na nową - świeżą i gorącą - oczywiście bez dodatkowych kosztów. Co dziwne - wszystko bez żadnej skargi ze strony klienta - po prostu obsługa była wyczulona na komfort klienta. 

Nie wiem, co o tym myślicie, ale mnie to bardzo pozytywnie zaskoczyło. Co prawda AlmiCafe ceny ma wyższe od McDonalda, ale często w dużo droższych miejscach taki poziom obsługi jest niespotykany.

08:44, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (8) »
wtorek, 12 czerwca 2007
Płacimy za szybką dostawę

W sklepach internetowych często jest tak, że przy zakupie można wybrać jedną z kilku opcji dostawy - od takiej w ciągu 24 godzin, do takiej, co trwa miesiącami i nie wiadomo czy dojdzie (w Polsce wystarczy w tym celu wybrać przesyłkę Pocztą Polską). I najczęściej jest tak, że im szybsza dostawa, tym więcej trzeba za nią zapłacić (co jest akurat logiczne).

Kilka dni temu znana księgarnia internetowa Amazon (a przynajmniej jak zaczynali to byli księgarnią, bo teraz to już sprzedają prawie wszystko) otworzyła sklep z obuwiem i torebkami - Endless.com.

Endless.com - logo firmy

Ciekawostką jest to, że firma oferuje dostawę w ciągu 24 godzin za cenę: -5 USD (tak - tam na początku jest minus). A więc za to, że towar dostarczany jest szybko płaci nie klient, tylko firma. Jest to w 100% zgodne z filozofią Jeffa Bezosa - założyciela Amazon'a, który twierdzi, że jak firma zaoferuje coś, czego chcą klienci, to zawsze na tym i tak ostatecznie zarobi. Moim zdaniem ruch jest dość śmiały, ale pewnie przyniesie odpowiednie rezultaty. Ciekawe czym jeszcze nas zaskoczy w najbliższym czasie pan Bezos?

21:52, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (2) »
środa, 16 maja 2007
Przedsiębiorczość od zakrystii

Dziś będzie nietypowo - bo po kościelnemu. Nie będę co prawda nikogo nawracał, ale chciałbym opowiedzieć o tym, jak sobie w majowy weekend zwiedzałem Sandomierz. Ku mojemu zaskoczeniu jest tam o wiele więcej interesujących rzeczy niż mi się pierwotnie wydawało, więc nie zdążyłem zobaczyć wszystkiego. Dodatkowo - trochę czasu spędziłem w muzeum na zamku, które akurat zbyt interesujące nie było. Natomiast wszystkim wybierającym się w te strony polecam wąwóz św. Jadwigi, bramę opatowską oraz kilka interesujących kościołów (o których mowa będzie dalej). Z ciekawostek - w Sandomierzu jest też podziemna trasa turystyczna, która prowadzi starymi piwnicami pod kilkoma kamienicami w okolicach rynku. Nie widziałem niestety, ale podobno fajna (widziałem za to podobną trasę w Opatowie i polecam).

Ale wracając do kościołów - udało mi się odwiedzić trzy, z czego o dwóch chciałbym opowiedzieć.

Pierwszy to katedra sandomierska - najważniejszy kościół diecezji, więc nie ma się co dziwić, że nieźle wyposażony w różne atrakcje. Jest tu np. bardzo interesujący kalendarz, niespotykany gdzie indziej krucyfiks, czy głośny obraz z Żydami, którzy zabijają chrześcijańskie dziecko (niestety zasłonięty). Przed katedrą jest też mały stolik, przy którym pani sprzedaje bilety wstępu (za bodajże 7 PLN). Katedrę można zwiedzać w godzinach 10-14, a później ta miła pani ze stolika wszystkich wygania. Oczywiście mimo uiszczenia opłaty w katedrze nie ma ani jednej tabliczki mówiącej co się aktualnie ogląda i na co warto zwrócić uwagę. Za to jest bardzo miły i pomocny pan przewodnik - który poczuł ducha przedsiębiorczości i bardzo długo i z zaangażowaniem opowiada o katedrze i to tym, co można w niej zobaczyć. Niestety jak się okazało pod koniec opowieści, pan pobiera za swoje występy dodatkową opłatę w wysokości 10 PLN - więc w sumie zwiedzanie wychodzi dość drogo.

Drugim kościołem, który miałem okazję okazję, jest kościół św. Jakuba (a jakże), jeden z nielicznych ocalałych w Polce romańskich kościołów wybudowanych z cegły. Jest najstarszym kościołem w Sandomierzu i też oferuje sporo atrakcji do oglądania. Kościół jest w posiadaniu oo. Dominikanów, co niektórym bardziej zorientowanym może zasugerować, że zwiedzać się go będzie zupełnie inaczej. Oczywiście wstęp jest wolny, a kościół otwarty jest od rana do wieczora (choć zwiedzanie w czasie nabożeństw jest niezalecane. Ponieważ przedsiębiorczego pana przewodnika nie ma, a ktoś musi oprowadzać - robią to studenci. Jak się okazuje zupełnie za darmo i bardzo ochoczo, a opowiadają w sposób nie mniej ciekawy od pana z katedry (choć może czasem brakuje im śmiałości).

No i jak tak sobie porównałem te 2 kościoły, to sobie pomyślałem, że również w Kościele istnieją dwa podejścia do 'relacji z wiernymi' - jedno właśnie takie bardziej 'diecezjalne', a drugie bardziej 'dominikańskie'. W tym pierwszym wierny postrzegany jest jako petent, którego zadaniem jest wywiązywanie się z pewnych obowiązków i trzeba go napominać i karcić. Dominikanie od samego początku starali się raczej kształcić niż napominać, a wiernych traktować po partnersku (przynajmniej tak jest we wszystkich kościołach dominikańskich, które znam). I wydaje mi się, że w dobie ogólnego pluralizmu i wolności wyboru to drugie podejście ma większą przyszłość - szkoda, że Kościół uczy się tego jeszcze wolniej, niż panie w sklepie Społem.

22:10, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 maja 2007
Buty dla podróżujących

Coraz więcej firm, próbując odróżnić się od konkurencji, podejmuje działania związanie nie tylko z oferowaniem coraz lepszych produktów w coraz bardziej przyjazny sposób. Innym sposobem by się wyróżnić jest nadanie firmie pewnej 'misji' - oprócz wytwarzania wspaniałych produktów próbujemy też zmieniać świat na lepszy. Firmą, której od wielu lat to wychodzi jest Timberland - producent odzieży i obuwia, angażujący się w ochronę środowiska, budowanie lokalnych społeczności i innego rodzaju prospołeczne przedsięwzięcia.

Więcej o takiej działalności możecie poczytać na blogu Zielone Migdały - ja dziś chciałbym skupić się na pewnym interesującym pomyśle, jaki firma stosuje w oferowanym obuwiu. Pierwsze buty tej firmy kupiłem sobie jakoś niedawno (firma ma już kilka sklepów w Polsce). No nie powiem, żeby były tanie (choć prawdę mówiąc były w klasie cenowej butów solidnych i wygodnych, ale bez wyróżniającej się metki), ale za to wygodniejszego buta (no może nie licząc niektórych modeli sportowych) to dawno nie miałem. Przy okazji zakupu dostałem kartę klienta (upoważnia do zniżek) i od tego czasu dostaję informacje o promocjach i katalogi nowych produktów. Kilka tygodni temu przyszedł do mnie katalog butów na 2007 rok i znalazłem w nim coś takiego.

Katalog butów - buty na lotnisko

Generalnie Timberland wpadł na pomysł, aby produkować buty, których nie trzeba zzuwać podczas kontroli na lotnisko, oszczędzając innym widoku (a czasem i zapachu) swoich dziurawych skarpetek. Pomysł polega na tym, że w bucie generalnie nie ma elementów z metalu, które brzęczą w bramkach, przez które trzeba przejść. Pomysł wydawałby się trywialny, a jednak osobom dużo podróżującym (szczególnie po USA) z pewnością przypadnie do gustu. Ja co prawda nie latam ostatnio zbyt wiele, ale z pewnością są czytelnicy bloga, którym się to zdarza (lub zdarzało) - ciekawe, czy kupilibyście takie buty (pamiętajcie - oprócz tego są ultrawygodne)?

PS. Właśnie uruchomiłem kolejnego bloga - tym razem o nietypowym podejściu do zarządzania projektami. Zapraszam na agile.blox.pl

18:21, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (8) »
piątek, 16 marca 2007
Myśl inaczej

O filmach reklamowych firmy Apple pisałem już kiedyś. Ale dziś chciałbym cofnąć się trochę w czasie i przypomnieć o kampanii reklamowej z lat 90tych, która z racji nikłej obecności tej marki w naszym kraju, dla większości Polaków pozostała niezauważona. Właśnie w końcówce lat 90tych Apple (a dokładniej - agencja reklamowa TBWA\Chiat\Day) wymyśliła hasło 'Think Different' i na jego bazie przygotowano całą kampanię reklamową - od spotów w TV, przez billboardy w miastach, po ogłoszenia w gazetach.

Najciekawsze było w tej kampanii to, że w żadnej z reklam nie pojawił się ani na chwile komputer (lub choćby monitor i klawiatura) - całość starała się związać widza emocjonalnie z marką Apple, zamiast prezentować zestaw unikalnych funkcji, które posiadają komputery tej firmy. A wszystko zaczęło się od następującego spotu reklamowego.

Z nim wiązały się plakaty ze sławnymi ludźmi, dyskretnie oznaczone logo firmy (jeszcze w wersji kolorowej). Na bazie kampanii powstało też wiele spotów nią inspirowanych - dla zainteresowanych załączam 2 moim zdaniem najciekawsze :

Interesujące jest również to, że cała kampania reklamowa (a więc spoty reklamowe, plakaty, etc) powstała z wykorzystaniem komputerów firmy Apple - przecież czegoś tak interesującego nie da się stworzyć na PCtach. Dla zainteresowanych - krótki film o tym, jak powstawała cała kampania

Nie wiem niestety jaki był efekt akcji reklamowej - czy rzeczywiście ludzie ruszyli do sklepów w celu wykupienia wszystkich znajdujących się tam Maców. Ale z pewnością przez takie kampanie firma od lat wychowuje sobie wiernych fanów, którzy później chodzą jak nawiedzeni i namawiają wszystkich znajomych do wyrzucenia PCta na śmietnik i zakupu 'prawdziwego komputera osobistego'. A więc - jeśli ktoś chce kupić Maca i ma jakieś wątpliwości - zapraszam do kontaku ze mną - postaram się przekonać każdego do podjęcia słusznego wyboru.

08:02, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 marca 2007
Zaangażowana Prowansja

Jeśli ktoś z was chciał kiedyś pozwiedzać Francję, to z pewnością jednym z miejsc wartych wizyty jest Prowansja . To chyba najcieplejszy region w tym kraju, w dodatku pełno w nim uroczych miasteczek z fajnymi knajpkami - idealne miejsce dla turystów szukających ucieczki od zgiełku dużych miast.

Prowansja - pola lawendy

Prowansja to również miejsce słynące z produkcji perfum - o jednej z firm z tego regionu chciałbym dziś napisać. L'Occitane en provence, to producent, który stara się powrócić do tradycyjnych metod produkcji kosmetyków. W sumie nie ma się co dziwić - akurat produkcja perfum to branża, w której już od dawna nie konkuruje się ceną, ale właśnie 'czymś więcej' - czasem jest to sławne nazwisko, a czasem powrót do natury.

Ale L'Occitane oprócz powrotu do natury robi coś jeszcze - aktywnie wspiera osoby, które jak nikt inny mogą wesprzeć firmę w produkcji najlepszych na świecie perfum. Co roku firma organizuje wyjazdy dla niewidomej młodzieży, która ma okazję uczestniczyć w procesie produkcji perfum. Dodatkowo, znaczna część produktów firmy ma na swoich opakowaniach oznaczenia wytłoczone alfabetem Braiile'a. Na początku wydawało mi się to niepotrzebne - w końcu w przypadku takich produktów wystarczy powąchać - nie sądzę, by osoba niewidoma nie była w stanie rozróżnić lawendy od magnolii. Ale z drugiej strony - próba umycia włosów balsamem do ciała lub spryskanie się na ważny wieczór żelem pod prysznic może nie być przyjemnym doświadczeniem.

Najfajniejsze jest to, że na takiej współpracy korzystają obie strony - firma (oprócz pozytywnego PR) znajduje w ten sposób potencjalnych pracowników o dość unikalnych kwalifikacjach, a osoby niewidome dostają produkty, które z ich punktu widzenia są dużo lepsze od tego co oferuje konkurencja.

07:27, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 lutego 2007
Pączki od Google

Chyba wszystkim Polakom Tłusty Czwartek kojarzy się z jednym - w tym dniu możemy bez pamięci zajadać się pączkami i faworkami. Oczywiście ja w tym roku również byłem wierny tradycji (choć nie udało
mi się zjeść tylu pączków ile mam lat - rok temu osiągnąłem ten wątpliwy sukces).

Ale nie o efektach zjedzonych pączków chciałbym dziś napisać. Otóż jedna z najbardziej znanych firm w internecie (i właściciel najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej) w tym dniu sprawiła specjalny prezent dla swoich polskich użytkowników. Na stronie www.google.pl witał nas w tym dniu taki oto obrazek:

Google - logo z pączkami

Uważniejsi użytkownicy tej wyszukiwarki z pewnością zauważyli, że od czasu do czasu Google raczy swoich użytkowników okazjonalnymi wersjami swojego logo - całkiem sporą ich kolekcję znajdziecie tutaj. Jednak z tego, co udało mi się zauważyć, po raz pierwszy firma przygotowała logo specjalnie dla Polaków - w innych wersjach językowych wyszukiwarki po pączkach nie było ani śladu. Panowie (i Panie) z Google - tak trzymać.

18:44, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 lutego 2007
Co zrobić z wpadką?

Często wychwalam na łamach tego bloga firmy, które robią fajne rzeczy związane z obsługą klienta. I analogicznie - wytykam te, które mają klienta w głebokim poważaniu i zapominają o tym, jak finansują swoją działalność. Czasem jednak i dobrej firmie trafi się wpadka - eleganckie wybrnięcie z takiej sytuacji też jest sztuką.

Dziś będzie właśnie o takiej wpadce - popełnionej przez warsztat samochodowy, w którym zostawiłem ostatnio samochód na przegląd. Po odbiorze okazało się, że nie działa mi licznik i prędkościomierz - zwolennicy 'korygowania przebiegu' może by się nawet z takiej niesprawności auta ucieszyli, ale ja czuję się zdecydowanie lepiej wiedząc z jaką prędkością jadę. Ale to nie wszystko - z warsztatu do domu pojechałem z dowodem rejestracyjnym samochodu marki Skoda Felicja, ale w trochę innej konfiguracji niż moja (np. z nielubianym przeze mnie silnikiem diesla). Ponieważ tego dnia w warsztacie pojawiła się nie tylko moja Felicja, ktoś zamienił dowody rejestracyjne (a ja nie zweryfikowałem, czy odebrałem właściwy). Jednym słowem - klapa.

Co w takiej sytuacji można zrobić - klient nie dość, że niezadowolony, to jeszcze musi wymienić dowód rejestracyjny (w dodatku skoro doszło do takiej zamiany, to niezadowolonych klientów jest dwóch). Okazało się, że ekipa Mechanic.pl poradziła sobie z tym całkiem nieźle:

  • po pierwsze - to warsztat pierwszy zauważył podmianę dowodów rejestracyjnych - i od razu do mnie zadzwonili (ujechałem już 25 km, więc na powrót raczej szans nie było)
  • po drugie - przeprosili i okazali skruchę (i nie próbowali dochodzić, czy wcześniej też działało, jak ma w zwyczaju wielu mechaników)
  • po trzecie - nie musiałem jechać do warsztatu na poprawkę - warsztat przyjechał do mnie, odebrał samochód z zamienionym dowodem rejestracyjnym i dokonał naprawy - oczywiście bezpłatnej

Podsumowując - jak się chce, to można nawet z takiej wpadki wyjść z twarzą. No i przy okazji pewnie zrobić coś, żeby takie wpadki się nie powtarzały, ale to zweryfikuję przy okazji kolejnej wizyty. Póki co auto jeździ bez zarzutu, więc pewnie nie nastąpi to zbyt prędko.

PS. Przy okazji zauważyłem, że panowie z Mechanic.pl zmienili swoją stronę internetową. Osobiście wolałbym mniej flasha oraz rezygnację z męczącego odgłosu kliknięcia przy najechaniu myszką na aktywny element. Ale poza tym jest całkiem fajna i zawiera to co trzeba - polecam odwiedzenie.

21:23, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3
Napisz do mnie

kuba(at)choinski.pl