Wydawałoby się, że 15 lat po upadku komunizmu wszyscy nauczyli się już, że biznes polega na tym, że klientom oferuje się to czego oni oczekują i traktuje się ich z szacunkiem. Okazuje się, że nie jest to wcale wiedza tak powszechna - cały czas spotykam się (i zapewnie nie tylko ja) z sytuacjami rodem z 'Misia' albo 'Zmienników'. Więc może czas zacząć popularyzować wiedzę o tym jak należy (i jak na pewno nie należy) traktować klientów.
Kategorie: Wszystkie | Bingo | Humor | Idea | Skucha
RSS
środa, 21 stycznia 2009
Wypróbuj za darmo przez 14 dni

Hasło jak w tytule (zmienia się co najwyżej długość okresu testowego) spotykamy praktycznie wszędzie. Sprzedający, próbując przekonać nas do zakupu oferuje darmowy okres testowy - żebyśmy mieli okazję przekonać się, jak wspaniały jest oferowany produkt, Praktyka pokazuje, że na testowanie zwykle nie starcza czasu i kończymy kupując kota w worku. Na szczęście są firmy, które potrafią zaoferować ciekawsze rozwiązanie...

No właśnie - każdy z nas prawdopodobnie kiedyś pobrał z sieci darmową wersję próbną jakiegoś programu lub skusił się na okres próbny w jakimś płatnym serwisie, czy choćby u dostawcy kablówki. Ostatnio szukałem fajnego edytora HTML i ktoś mi podpowiedział, że istnieje coś takiego jak Coda (uwaga - to program na Maca, pod Windowsem nie będzie działał). Stronę producenta znalazłem w sieci i pobrałem wersję próbną (z tego co pamiętam 14 dniową).


O programie zapomniałem mniej więcej na tydzień, po czym trafiła się okazja do napisania kawałka HTMLa. Odpalam więc ściągniętą Codę i niespodzianka - "You have 14 days left to try this product" (masz 14 dni na wypróbowanie produktu). No cóż, myślę sobie, może liczą sobie okres próbny od pierwszego uruchomienia? W każdym razie - HTMLa zrobiłem, opublikowałem i zapomniałem o programie na kolejny tydzień. 

Po tygodniu przyszła kolej na poprawienie HTMLa sprzed tygodnia - znów odpalam Codę, a tutaj kolejna niespodzianka - "You have 13 days left to try this product"! Co się dzieje?? 

Po chwili analizy okazało się, że producenci programu przyjęli bardzo interesujące założenie - że skoro dają 14 dni, na przetestowanie, to jest to pierwsze 14 dni, w czasie których używasz programu, a nie 14 dni kalendarzowych od momentu zainstalowania. Dzięki temu program przetestowałem dość wszechstronnie i nie zamierzam go zamienić na żaden inny edytor HTMLa - jest tak dobry, że nawet stary poczciwy TextMate się nie umywa.


Z drugiej strony, strasznie spodobał mi się pomysł na danie użytkownikowi rzeczywistego czasu na wypróbowanie produktu - wyobraźcie sobie, że kupujecie kablówkę i nie płacicie, dopóki 14 razy nie włączycie telewizora. Albo że pierwsze 100 rozmów przez telefon komórkowy jest za darmo. Fajnie brzmi, prawda? 

Niestety - obawiam się, że w przypadku wielu firm ich model biznesowy opiera się właśnie na tym, że kupujący nie wykorzystuje w pełni "darmowego" okresu - dlatego są w stanie na nim zarabiać. Ale z drugiej strony, w dobie konkurencji, która skłania operatorów telefonii komórkowej do rezygnacji z zakładania simlocków na oferowane telefony, może ktoś się odważy zaryzykować i zyskać lojalnego klienta? Oczywiście pojawi się wielu "gapowiczów", którzy będą żyć z różnego rodzaju promocji, ale oni i tak skąpią i na nich się nigdy nie zarobi - więc może warto zaryzykować. Mi się w każdym razie taki model bardzo spodobał. A co Wy o tym myślicie?

22:51, jchoinski , Idea
Link Komentarze (7) »
sobota, 05 kwietnia 2008
Made in China

Zwykle pisałem o zachowaniach producentów i sprzedawców wobec klientów, ale dziś wyjątkowy (i zapewne kontrowersyjny) temat dotyczący zachowań konsumentów (a więc nas wszystkich). Ostatnie tygodnie i to, co się w nich wydarzyło w Tybecie oraz dyskusja na pewnym blogu skłoniły mnie do zastanowienia się nad aspektami moralnymi kupowania produktów wytworzonych w Chinach Ludowych. Jaki ustrój panuje w Chinach wszyscy wiemy - ja np. pamiętam jeszcze, że w dniu, kiedy w Polsce mieliśmy pierwsze wybory, w których można było rzeczywiście wybierać, w Pekinie czołgi rozjeżdżały protestujących studentów na Placu Niebiańskiego Pokoju. Warto jeszcze dodać, że oprócz tego, że Chiny to państwo z pewnością totalitarne, wykonuje się tam ok 90% spośród wszystkich zapadających na świecie wyroków kary śmierci, ludzie masowo wysyłani są do obozów pracy przymusowej, a internet jest cenzurowany (nie wiem na ile skutecznie) przez aparat państwowy.

Jednocześnie Chiny to jedno z najszybciej rozwijających się państw na świecie - głównie dzięki eksportowi różnego rodzaju tanich towarów - od trampek, poprzez elektronikę aż po rowery i samochody. Właściwie można założyć, że każdy z czytających tego bloga jest w posiadaniu czegoś, co ma na metce napisane 'made in china'. Dlatego powstaje pytanie o moralny aspekt kupowania chińskich produktów - czy nie przyczyniamy się w ten sposób do utrzymania panującego tam reżimu i nie przykładamy ręki do prześladowań jakie mają tam miejsce? Czy czasem bojkot chińskich towarów (o ile jest w ogóle możliwy) nie jest lepszym rozwiązaniem?

Jak sobie zacząłem o tym myśleć i czytać różne opinie na ten temat (zwłaszcza te bardziej radykalne), to doszedłem do wniosku, że najważniejsze pytanie, które trzeba sobie na początku zadać, to co chcemy osiągnąć - bo możliwe odpowiedzi są przynajmniej dwie:

  1. Chcemy pomóc zwykłym chińskim obywatelom i jakoś ulżyć ich niedoli.
  2. Chcemy pokazać chińskim władzom co myślimy o ich sposobie rządzenia.

Ja przy takim wyborze nie mam wątpliwości co chcę osiągnąć - zdecydowanie ważniejszy jest dla mnie cel pierwszy.

No i tutaj trzeba się zastanowić jaki jest wpływ zakupu towaru 'made in China' na los przeciętnego Chińczyka. Z pewnością jakaś część tych pieniędzy trafia do Chin i tutaj jest jakoś dzielona między pracujących i rządzących. Co ważne - bez względu na to, że coś dostają rządzący, na pewno jakaś część trafia do zwykłego Chińczyka, który uszył te przysłowiowe trampki. A skoro trafiają do Chińczyka, to pewnie jego los się dzięki temu trochę poprawi - jeden kupi sobie za to paczkę papierosów, inny piwo, a jeszcze inny uzbiera więcej kasy, żeby wysłać dziecko do lepszej szkoły - każdy ma swoje indywidualne priorytety. Nie ulega natomiast wątpliwości, że jakaś część z tej kasy trafi do szarych (w dosłownym sensie jeśli ktoś widział ich ubiory) chińskich robotników, a za jakąś część elita rządząca pewnie sobie kupi kolejnego Maybacha albo rosyjski czołg.

Teraz się zastanówmy co by było, gdybyśmy tych chińskich produktów nie kupowali. Otóż z jednej strony biedny robotnik nic nie dostanie, a z drugiej nie będzie Maybacha ani rosyjskiego czołgu. Na pewno szary chińczyk będzie uboższy, ale reżim nie kupi sobie kolejnego czołgu. Czy aby na pewno? Skoro ten robotnik nie ma pracy przy trampkach, to przecież może robić chińskie czołgi - może trochę gorsze, ale do tłumienia opozycji (której broń to koktajle Mołotowa) zapewne równie skuteczny. Tyle rozważań 'na chłopski rozum', ale żeby nie wyjść na kompletnego laika, poszukałem trochę w sieci i dowiedziałem się, że:

  1. Chińska gospodarka otworzyła się na świat (i zaczęła zapraszać obcy kapitał do inwestowania na miejscu) mniej więcej na początku lat 80tych.
  2. Historia ostatnich lat pokazuje, że dzięki temu, że wielkie korporacje wykorzystują Chińczyków jako tanią siłę roboczą, znakomita większość obywateli tego kraju ma co jeść i zaczyna mieć jakieś zabezpieczenie finansowe. Według danych Banku Światowego (a nie jakiegoś chińskiego GUSu) w 1981 roku 64% populacji żyło poniżej progu ubóstwa. W 2004 roku ten problem dotyczył już tylko 10% chińskiego społeczeństwa - co oznacza, że ponad 500mln Chińczyków wydostało się ponad ten próg. Nie muszę chyba dodawać, że w sąsiedniej Korei Północnej, która nie pozwala wielkim korporacjom wykorzystywać swoich obywateli nie zanotowano podobnego postępu (a jeśli już, to raczej w odwrotną stronę).
  3. W swojej powojennej historii Chiny zanotowały okres (lata 1959-1961) kiedy z głodu zmarło przynajmniej 14 milionów ludzi. Od 1981 roku (a więc od otwarcia się na wielkie korporacje) żadnej klęski głodu w Chinach nie zanotowano.
  4. Historia zna wiele przypadków (najbardziej spektakularny to ZSRR w latach 30tych), gdzie po ograniczeniu swobody gospodarczej (a więc m.in. wyrzuceniu zagranicznych firm) w systemie totalitarnym doszło do klęski głodu, która kosztowała życie wiele milionów osób.
  5. Historia nie zna ani jednego przypadku (a przynajmniej mi nie udało się go znaleźć), w którym w wyniku wprowadzenia sankcji gospodarczych upadłby jakikolwiek system totalitarny. Co więcej - przykłady takich państw jak Kuba, Korea Północna, Irak czy Iran pokazują, że po wprowadzeniu sankcji gospodarczych najbardziej cierpieli na tym najbiedniejsi obywatele tych państw, a los elit rządzących specjalnie się nie pogarszał.

A więc - zarówno z prostej analizy myślowej jak i z faktów gospodarczo-historycznych wygląda, że szanse na to, że bojkot chińskich towarów (bez względu na to jak zły ustrój panuje w Chinach) doprowadzi do jakiejś zmiany w polityce wewnętrznej tego państwa są znikome. Z drugiej strony - dzięki temu, że kupujemy chińskie trampki i elektronikę, milionom ludzi w tym kraju żyje się lepiej (a przynajmniej dostatniej). Dlatego jeśli chcemy w jakiś sposób przyczynić się do poprawy życia chińskich obywateli, bojkot towarów przez nich produkowanych jest drogą najmniej właściwą (a nawet szkodliwą).

Oczywiście opinia przedstawiona powyżej jest tylko i wyłącznie moją opinią i nie otrzymałem nawet jednego juan od ambasady chińskiej, żeby to napisać. I prawdę mówiąc nie potrafię sobie wyobrazić jak by wyglądało moje życie w tamtym ustroju i popieram wszystkich, którzy dążą do jego zmiany i wyrzucenia wszystkich partyjnych notabli do sąsiedniej Korei Północnej. Natomiast z moich przemyśleń wyszło mi, że bojkotując chińskie towary, jakby to szczytne się nie wydawało, przyczyniamy się do pogorszenia a nie poprawy losu miliarda uciskanych przez aparat partyjny chińskich obywateli. Wszystkich, którzy się nie zgadzają z moim zdaniem, zachęcam do dyskusji - najlepiej popartej jakimiś argumentami.

22:50, jchoinski , Idea
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Komentarze na serwisach aukcyjnych

Każdy, kto choć raz w życiu przymierzał się do kupienia czegokolwiek na Allegro, Świstaku lub eBayu zapewne zdaje sobie z dobrodziejstwa komentarzy do transakcji. W sumie, to może się wydawać, że bez komentarzy serwis tego typu nie mógłby istnieć, a cały ten pomysł z komentowaniem poszczególnych transakcji to wybawienie, które chroni skutecznie przed kiepskimi sprzedawcami (i kupującymi). Też tak do niedawna myślałem

Ale ostatnio zrobiłem zakup od sprzedawcy, który okazał się przynajmniej niepoważny - wysyłka towaru trwała 2,5 miesiąca, a w końcu się okazało, że to co otrzymałem to kiepskiej jakości podróbki (chodziło o naklejki Apple z czasów z kolorowym logo - ktoś je jeszcze pamięta?).

A skoro sprzedawca się nie spisał, to zacząłem się zastanawiać nad wystawieniem mu 'negatywa'. Na szczęście ostatnio dużo czasu spędzam w samochodzie, więc pozastanawiałem się dłużej i wyszło mi na to, że system komentarzy ma jedną dość istotną wadę, którą tacy kiepscy sprzedawcy mogą eksploatować. Otóż nie wiem, czy zauważyliście - regułą stało się to, że to kupujący wystawia komentarz jako pierwszy - podczas, gdy to dla sprzedawcy transakcja kończy się szybciej (w momencie otrzymania płatności za towar, to w sumie już można ocenić, czy ma się do czynienia z uczciwym kupującym). W każdym razie - skoro sprzedający czeka z wystawieniem komentarza do czasu, aż zrobi to kupujący, to musi mieć w tym jakiś cel. No i jak się poszuka trochę w historii różnych transakcji różnych przypadkowych ludzi, to najczęściej okazuje się, że sprzedający czeka na to, czy przypadkiem nie dostanie 'negatywa', by się za niego zrewanżować. W sumie banalnie prosty mechanizm - gdybym sprzedawał na aukcjach internetowych, też zapewne szybko przyszedłby mi do głowy. Bo w takiej sytuacji, nawet jeśli ktoś kupi przez internet jakiegoś gniota, to wystawiając negatywny komentarz musi się liczyć z tym, że ktoś mu się zrewanżuje, psując mu dobrą reputację (a nikt tego nie lubi)

No i po tych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że najlepiej to kupować od sprzedawców, którzy na stronie 'O sobie" piszą, że wystawiają komentarz jako pierwsi - bo to znaczy, że nie spodziewają się 'negatywów' i podchodzą do sprawy śmiertelnie poważnie. Niestety - takich sprzedawców jest wciąż bardzo mało.

PS. Dziś jest ostatni dzień roku, a to sprzyja podejmowaniu różnego rodzaju postanowień. Ja, patrząc na historię mojego blogowania z ostatnich kilku miesięcy, podejmuję niniejszym publicznie zobowiązanie, że w 2008 roku przynajmniej raz w tygodniu, na tym blogu pojawi się jakiś post (i od razu uprzedzam, że nie mam jeszcze 52 gotowych postów schowanych w tajnym katalogu na komputerze).

20:58, jchoinski , Idea
Link Komentarze (27) »
piątek, 08 września 2006
Jak zatrudnić dobrego pracownika?
Dość często na drodze ku dobrej obsłudze klienta staje pracownik. Może to być ekspedientka w sklepie, która uznaje rozmowę z koleżanką za ważniejszą od rozmowy z klientem, urzędniczka, która uważa, że zarabia za mało i w związku z tym nie musi się "wyżyć" na petencie lub znudzony pracownik hotline. Często nawet jeśli menedżerowie chcą dbać o obsługę klienta, to właśnie stosunek do tematu pracowników niższego szczebla okazuje się barierą nie do przejścia - w końcu na rozmowie kwalifikacyjnej wszyscy byli mili i uprzejmi, a tu nagle w pracy zmieniają się nie do poznania.

Interesującą metodę rekrutacji stosują amerykańskie linie lotnicze SouthWest Airlines (SWA) - pierwowzór europejskich tanich linii ze sławnym Ryanair na czele. Otóż dział HR doszedł do wniosku, że najważniejsze wymaganie dla potencjalnego pracownika to stosunek do innych ludzi - chęć do pomocy w mniej i bardziej niespodziewanych sytuacjach, które wydarzają się w czasie obsługi pasażerów.

Dlatego każdy potencjalny kandydat do pracy dostaje darmowy bilet do Dallas, gdzie mieści się centrala firmy. Leci oczywiście samolotem SWA, a wszyscy pracownicy obsługujący go po drodze, wiedzą, że jest to kandydat do pracy. Ich celem jest obserwowanie jego zachowań - czy jest uprzejmy w stosunku do współpasażerów i załogi, czy pomaga innym podróżnym. Czasem nawet specjalnie inscenizuje się sytuacje z zagubioną babcią lub panem, któremu rozsypał się bagaż - sprawdzając, czy kandydat do pracy wykaże chęć pomocy w takich sytuacjach.

Oczywiście wszyscy 'obserwatorzy' przekazują swoje uwagi do centrali i to zwykle zanim jeszcze kandydat trafi na rozmowę kwalifikacyjną. W czasie tej rozmowy sprawdza się głównie kwalifikacje - postawa w stosunku do innych została już wcześniej zweryfikowana. Co ciekawe - bez względu na to jak wysokie kwalifikacje ma kandydat, jeśli nie przeszedł 'tajnego testu z zachowań' pozytywnie, nie ma szans na zatrudnienie w SWA. Firma wychodzi z założenia, że jakość obsługi to dla nich podstawowa (obok niskich cen) przewaga konkurencyjna i w związku z tym nie mogą sobie pozwolić na zatrudnianie niegrzecznych, gburowatych pracowników.

Oczywiście pozostaje pytanie, czy skoro ktoś o tym pisze publicznie, to taka weryfikacja ma jakikolwiek sens? W końcu przecież każdy potencjalny pracownik może przeczytać o tym, że będzie obserwowany i udawać grzecznego. Odpowiedź speców od HR z SWA jest dość prosta - po pierwsze pisze się o tych praktykach głównie na stronach mówiących o biznesie, na które kandydaci na szeregowych pracowników z reguły nie zaglądają (chyba, że ktoś robi bardzo szczegółowe rozpoznanie przed rozmową kwalifikacyjną, ale za to należy mu się plus). Po drugie - nawet jeśli kandydaci wiedzą o tej praktyce - dużo trudniej udawać uprzejmego przez kilka godzin lotu niż przez 30 minut rozmowy kwalifikacyjnej.

Niestety nie leciałem nigdy lotem SWA, więc nie wiem, jak zaprezentowana powyżej teoria ma się do praktyki - czy pracownicy rzeczywiście wyróżniają się uprzejmością i chęcią pomocy. Ale może ktoś z czytelników leciał (mam nawet pewne podejrzenia wskazujące na konkretną osobę) i mógłby się podzielić wrażeniami? Komentarze są mile widziane.
04:44, jchoinski , Idea
Link Komentarze (17) »
niedziela, 30 lipca 2006
Kolejki w Disneyland
Dziś krótko (w końcu ostatni dzień urlopu, więc się nie przepracowuję) - o ciekawostce, o której przeczytałem w książce '"Rules for Revolutionaries" Guya Kawasaki.

Jedna z zasad, którą Guy promuje brzmi "Underpromise and overdeliver", czyli w wolnym tłumaczeniu - obiecuj mniej niż możesz uczynić i dostarczaj więcej niż obiecałeś. W świecie, gdzie jesteśmy zarzucani pustymi obietnicami różnych speców od marketingu, strategia taka może wydajać się bez szans. Jednak, jak twierdzi Guy, tak jest tylko na krótką metę - stosowanie tej strategii jest na tyle rzadkie, że 'potraktowany' nią klient będzie opowiadał o tym doświadczeniu wszystkim swoim znajomym, a oni z kolei przyjdą sprawdzić czy rzeczywiście to prawda i po chwili zaczną opowiadać swoim znajomym. No i mamy lawinę klientów.

Dość interesującym przykładem, na który powołuje się autor, to kolejki do poszczególnych atrakcji w parkach rozrywki Disneya. Każda z kolejek posiada ekran z przewidywanym czasem oczekiwania - fajny bajer. Ale jeszcze fajniejsze jest to, że ten czas jest celowo zawyżany - wyobraźcie sobie, jak fajnie jest nastawić się na czekanie w kolejce przez pół godziny, a następnie przekonać się, że staliśmy jedynie 20 minut. A teraz wyobraźcie sobie, że stoicie w tej kolejce z dwójką nieznośnych, niecierpliwych małych terrorystów, którzy co 15 sekund pytają czy jeszcze długo. Jak dla mnie - fenomenalny pomysł. Szkoda, że na Poczcie nie ma czegoś podobnego.

PS. Wróciłem z wakacji z nowym blogiem - Limeryki Jakuba. Zachęcam do zajrzenia - może się spodoba
14:51, jchoinski , Idea
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 czerwca 2006
Jak sprzedać drożej?
Marzeniem każdego przedsiębiorcy jest kupić towar jak najtaniej, a potem jak najdrożej go sprzedać. W końcu to na tym polega zarabianie pieniędzy. Interesujący przykład jak to zrobić znalazłem ostatnio w książce "The Experience Economy", którą udało mi się przeczytać (a raczej przesłuchać) dzięki Audible.com.
Otóż autorzy zauważyli, że ta sama porcja kawy (ok. 20g) kosztuje:
- poniżej 1 centa gdy kupuje się ją na giełdzie w Sao Paulo,
- ok. 3 centów w hipermarkecie,
- ok 30 centów w barze szybkiej obsługi takim jak McDonalds
- w trochę lepszym barze (np Dunkin' Donuts) już ok. 80 centów
- w bardzo dobrym barze z kawą (Starbucks) - 2 dolary
- w kawiarni na placu św. Marka w Wenecji - 12 dolarów
Jak widać - przy odpowiednim podejściu można uzyskać za ten sam towar kilkaset razy wyższą cenę.

Oczywiście jest to znaczne uproszczenie - zarówno w Starbucksie jak i w Wenecji napijemy się kawy naprawdę wysokiej jakości (ta, co kosztuje poniżej centa trafia zapewne do McDonald'sa), w dodatku do kawy dochodzi koszt wody, lokalu, obsługi etc..

Jednak analizując to zestawienie warto zauważyć, ze wraz ze wzrostem ceny kupujemy co innego. Na giełdzie w Sao Paolo oraz w hipermarkecie kawa jest zwykłym, prostym towarem (najwyżej ładnie zapakowanym), w McDonald's jest to już usługa, a na placu św. Marka kupujemy tak naprawdę możliwość napicia się kawy właśnie w tym miejscu - pewnego rodzaju wspomnienie (o którym później możemy opowiadać wszystkim znajomym - w końcu nie każdy pił kawę na placu św. Marka). I właśnie owe wspomnienia to coś, co klienci cenią i za co są w stanie dużo zapłacić.

Zauważmy, że wiele marek droższych od konkurencji działa podobnie - budując wokół produktów, które sprzedają, pewnego rodzaju wyjątkową atmosferę. Właściciele notebooków firmy Apple płacą za bycie pewnego rodzaju elitą, która siedzi w kawiarni i pracuje na komputerze z (bardzo wyraźnym) jabłkiem na obudowie. Do kina często chodzimy nie po to, by obejrzeć film (za kilka miesięcy pojawi się na DVD), ale dla zapachu popcornu w hallu i atmosfery panującej na sali (na której w dodatku jest ciemno). A Lexusa z napędem hybrydowym nikt nie kupuje ze względu na oszczędności na paliwie - różnica w cenie zwraca się po kilkuset tysiącach kilometrów. W każdym z tych przypadków płacimy za pewnego rodzaju doświadczenie (ang. experience) z jakim wiąże się dany zakup. I za to doświadczenie często jesteśmy w stanie zapłacić znacznie więcej niż za sam produkt.
05:42, jchoinski , Idea
Link Komentarze (4) »
piątek, 09 czerwca 2006
Jak czytać książkę w samochodzie
Często najlepszym sposobem na zdominowanie pewnego rynku jest nie śmiertelna walka z konkurencją ale wymyślenie zupełnie nowej, nie zajętej przez nikogo niszy. Co prawda wynalezienie nowego rynku nie jest łatwe, ale olbrzymią zaletą takiego podejścia jest brak konkurencji, który daje perspektywę dużych zysków (a w końcu to o nie chodzi).

Najlepszym sposobem na znalezienie takiego niezajętego rynku jest zauważenie powszechnego problemu i wynalezienie jego rozwiązania (najlepiej takiego, które da się sprzedać).

Tak właśnie pomyśleli twórcy Audible.com - wielu z nas boryka się z problemem mnóstwa nieprzeczytanych książek - nieprzeczytanych głównie dlatego, że brakuje nam czasu na to by spokojnie zasiąść w fotelu i rozpocząć lekturę. Z drugiej strony wielu z nas (a w Ameryce jest to jeszcze powszechniejsze) spędza duże ilości czasu siedząc i się nudząc - za kierownicą samochodu. Problem polega na tym, że trudno jest prowadzić samochód i czytać jednocześnie. Ale słuch mamy już zwykle wolny (chyba że zastanawiamy się, czy ten zgrzyt i buczenie wydobywa się akurat z naszego samochodu).

Panowie z Audible doszli więc do wniosku, że można całkiem nieźle zarobić na sprzedawaniu książek w postaci audio. Jeśli wykorzystamy do tego fenomen odtwarzaczy mp3 i umożliwimy pobieranie plików z książkami bezpośrednio z internetu, to zyskamy znaczną przewagę nad producentami książek na płytach CD - z jednej strony zaoszczędzimy na kosztach produkcji i dystrybucji nośników, z drugiej strony zyskamy wdzięczność klientów, którzy nie będą musieli się borykać z płytami porozrzucanymi po całym samochodzie (pojedyncza książka zajmuje typowo od 3 do 5 płyt CD). Aha - klient ma jeszcze jedną zaletę - plik może pobrać bezpośrednio po złożeniu zamówienia, bez konieczności czekania na przesyłkę.

Póki co przeczytałem (a dokładniej przesłuchałem) 2 książki z Audible, na których przeczytanie pewnie nigdy nie znalazł bym czasu. O jednej z nich niebawem tu pewnie coś napiszę.
06:46, jchoinski , Idea
Link Komentarze (4) »
Napisz do mnie

kuba(at)choinski.pl