Wydawałoby się, że 15 lat po upadku komunizmu wszyscy nauczyli się już, że biznes polega na tym, że klientom oferuje się to czego oni oczekują i traktuje się ich z szacunkiem. Okazuje się, że nie jest to wcale wiedza tak powszechna - cały czas spotykam się (i zapewnie nie tylko ja) z sytuacjami rodem z 'Misia' albo 'Zmienników'. Więc może czas zacząć popularyzować wiedzę o tym jak należy (i jak na pewno nie należy) traktować klientów.
Kategorie: Wszystkie | Bingo | Humor | Idea | Skucha
RSS
piątek, 13 października 2006
Sposób na drogą benzynę
Jak wszyscy wiemy, od jakiegoś czasu na świecie (i Polsce również) drożeje benzyna. Szczególnie odczuwalne jest to w Stanach - kraju, który swoją potęgę ekonomiczną przypisywał m.in. tanim paliwom.

Ponieważ ceny w ciągu ostatnich kilku lat wzrosły tam o prawie 100%, konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na koszty benzyny, kupując nowe samochody. I każda z firm obecnych na tym rynku ma na to swoje sposoby. Japończycy, którzy zawsze słynęli z ekonomicznych aut, teraz pobili samych siebie oferując samochody z napędem hybrydowym. Z kolei koncerny niemieckie coraz chętniej oferują auta z ekonomicznymi silnikami diesla (w USA diesel w aucie osobowym to cały czas kuriozum, a i w ciężarówce nie trafia się często). Ale najciekawsze sposoby mają koncerny amerykańskie - dotychczas niezbyt liczące się z problemem wysokiego spalania w swoich autach.

Na przykład taki GM (do zeszłego roku największy producent aut na świecie), wpadł na bardzo sprytny pomysł, jak zachęcić klientów do kupowania swoich (niezbyt ekonomicznych) aut. Otóż przez rok od nabycia nowego samochodu firma gwarantuje cenę $1,99 za galon. Polega to na tym, że zainstalowany w samochodzie komputer zlicza ile litrów zostało zatankowane, co jakiś czas wysyła te informacje do GM, a firma raz w miesiącu przesyła Ci czek pokrywający różnicę (między średnią ceną w regionie, w którym mieszkasz a $1,99 za galon). Promocja dotyczy tylko wielkich SUVów i innych aut spalających dużo paliwa.

Prawdę mówiąc nie wiedziałem, że można wymyślić coś tak głupiego, jak zachęcanie ludzi do kupowania wielkich aut w dobie drożejących cen paliw. Oczywiście każdy inteligentny człowiek wie, że po roku zostanie z autem, które nagle będzie go kosztować znacznie więcej i w dodatku będzie problem ze sprzedaniem go (bo po co kupować roczne, które w dodatku jeździ na drogim paliwie jak można kupić nowe, dla którego GM dopłaca do paliwa). Jak to przeczytałem, to przestałem się dziwić dlaczego GM już nie jest największym producentem samochodów na świecie - w tym roku wyprzedziła go Toyota - firma, która produkuje również najwięcej aut z napędem hybrydowym.
15:19, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (8) »
środa, 11 października 2006
Jak sprzedać piórnik?
Wydawałoby się, że piórnik to przedmiot, w przypadku którego niewiele nowego da się już wymyślić. Owszem - w mojej młodości pojawiały się różne nowości, takie jak piórniki z Chin - o posiadaniu takiego cacka marzyłem przez pół podstawówki.

W dzisiejszych czasach pewnie furorę robią zapewne piórniki wyposażone w różne dodatkowe bajery ze świata wciąż miniaturyzującej się elektroniki - odtwarzacz MP3 lub z aparat fotograficzny. Ale okazuje się, że jest prostszy i tańszy sposób, aby zaoferować produkt, który absolutnie wyróżnia się spośród konkurencji - sposób na to znalazła jedna z wielkich sieci handlowych.



Oto PIÓRNIK BIÓROWY - nie przypuszczałem, że można wymyślić coś równie prostego i przyciągającego uwagę - z pewnością towar zniknął ze sklepu w mgnieniu oka (i chyba nie trzeba go było nawet przeceniać).

Więcej podobnych 'kwiatków' znajdziecie na stronach WWW poświęconych akcji prowadzonej przez krakowski oddział Gazety Wyborczej.
19:25, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 października 2006
Klucz do garażu
Tak się składa że od jakiegoś czasu mam samochód, ale z racji faktu, że mieszkam w bloku, mam problem z jego parkowaniem. Oczywiście mogę go trzymać pod blokiem (ale wtedy ryzykuję wybitą szybę, rozwalony zamek, a nawet trwałą utratę pojazdu). Inne rozwiązanie to parking strzeżony - kiedyś korzystałem, ale po zimowych przygodach z jego odśnieżaniem (stróż wiadomo - rencista, więc odśnieżyć nie może) zrezygnowałem. Więc od jakiegoś czasu wynajmuję garaż - dodatkową zaletą jest miejsce na trzymanie najróżniejszych samochodowych 'gratów' - takich jak drugi komplet opon, kilka płynów do spryskiwacza, pokrowce na siedzenia, bagażnik dachowy i wiele innych rzeczy, które zalegają w moim garażu.


Kilka miesięcy temu przeprowadziłem się do nowego lokum - z poprzedniego musiałem zrezygnować. Wynajmuję jeden z kilkunastu garaży znajdujących się na niewielkim ogrodzonym placyku należącym do pewnej pani. Garaże są niestety dość miernej jakości (blaszaki z drzwiami tak solidnymi, że można je zdemontować używając jedynie siły własnych mięśni), ale plac jest oświetlony i ogrodzony. Za wynajem płacę co miesiąc stałą sumę 100 PLN (zaleta mieszkania pod Warszawą).

Ale ostatnio gdy pojawiłem się z samochodem przed owym placykiem z garażami, brama prowadząca do środka była zamknięta za pomocą solidnej kłódki, do której mój kluczyk nijak nie pasował - wcześniej była tam niewielka, licha kłódeczka. Nie mogąc się dostać do środka udałem się na drugą stronę ulicy, na posesję właścicielki garaży. Okazało się, że jest nowa kłódka i nowy kluczyk - stara nie działa 'bo żeście ją panowie rozwalili'. No cóż - zdarza się, tym bardziej, że poprzednie zamknięcie nie było projektowane z myślą o jego otwieraniu i zamykaniu kilkanaście razy dziennie. Najdziwniejsze jest jednak, że za klucz do nowej kłódki musiałem uiścić zrzutkową opłatę w wysokości 8 PLN. Zawsze wydawało mi się, że płacę za usługę udostępnienia garażu - teraz okazało się, że jednak opłacam pewną 'składkę', której nieprzewidzianym elementem jest właśnie 'zrzuta' na nową kłódkę. To tak jakby panowie z TP SA przychodzili do mnie, bo zbierają kasę na naprawę kabla, co go wiatr w nocy zerwał - więc jednak ta znienawidzona powszechnie firma nie jest jeszcze taka zła. W przypadku garażu system oczywiście zadziałał - głównie dlatego, że konkurencja mała, a ludzi z samochodami w okolicy przybywa (bo pojawiają się kolejne bloki).

Może jak pojawią się nowe garaże (konkurencja), to zasady się zmienią Bo póki co aż się boję pomyśleć co będzie, jak przerdzewieje dach w którymś garażu lub silniejszy wiatr rozwali te zabudowania dokumentnie - nie wiem ile kosztuje taki garaż i jaka będzie wysokość 'zrzuty'.
20:34, jchoinski , Skucha
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2006
Po co zamieszcza się ogłoszenia
Zgodnie z zapowiedzią dziś kolejny odcinek o agencjach nieruchomości. Tym razem będzie o rzutkości w odpowiadaniu na zainteresowanie ofertą.

Otóz jest sobie do sprzedania pewna nieruchomość - domek pod Żyrardowem na całkiem sporej działce. Stosowne ogłoszenie zostało umieszczone na jednym z popularniejszych serwisów ogłoszeniowych - można je zobaczyć tutaj.

W sumie póki co wszystko gra, choć dziwi fakt, że informacja kontaktowa obejmuje jedynie nazwę agencji oraz adres mailowy - widać to taka agencja, co wie co to jest internet i sobie dobrze radzi z jego obsługą, więc telefon nie jest potrzebny. Wiedziony tym przeświadczeniem wysłałem maila (w czwartek, 21.09) i czekam. Dodam, że czekam do dziś (6 dni), a odpowiedzi żadnej.  Nawet nie wiem, czy ktoś tego maila przeczytał.

Żeby było jasne - ogłoszenie jest całkiem świeże (data dodania to 1.09), a nieruchomość jest cały czas na sprzedaż (znalazłem ją i okazuje się, że na bramie wisi wielki szyld pt 'Sprzedam' z numerem telefonu) .Więc zupełnie nie rozumiem po co ktoś dawał ogłoszenie, skoro i tak nie chce albo nie może na nie odpowiedzieć? Przecież takie ogłoszenie kosztuje, więc po co wydawać pieniądze na coś, z czego nie ma żadnego pożytku?

No chyba, że odkryli mój blog i postanowili nie odpowiadać, żebym nie miał powodu, żeby ich tutaj obsmarować. Jak widać - nie udało się.

21:37, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 września 2006
Zadanie ze zrozumienia tekstu
Od kilku tygodni po głowie chodzi mi pomysł, żeby wyprowadzić się z wynajmowanego mieszkania i kupić sobie mały fajny domek. Oczywiście wszyscy znajomi cieszą się, że nagle zacząłem myśleć o przyszłości zamiast wydawać pieniądze na drogie samochody i różne gadżety. I z tej radości mi pomagają szukać (a przy okazji szukają też czegoś dla siebie).

Każdy kto szukał mieszkania lub domu wie, że generalnie istnieją 2 strategie. Pierwsza polega na kupowaniu gazety z ogłoszeniami i dzwonieniu, a druga - na przeglądaniu serwisów internetowych i pisaniu maili. Oczywiście jak przystało na informatyka, jestem zwolennikiem tej drugiej.

Koleżanka, która ostatnio przeglądała różne serwisy internetowe (w tym strony agencji nieruchomości) napisała do jednej z tych agencji maila następującej treści:

Witam,
Interesuje mnie aktualna oferta działek w Międzyborowie. Czy poniższe są jeszcze aktualne - jeśli tak, to czy mozna poznać ich dokładniejszą lokalizację, uzyskać więcej informacji na ich temat?

8  Międzyborów  media  2 ha  6 zł/m2  szerokość 50 m, 30% zalesiona
13  Międzyborów  media  1000 m2, dom 100 m2  185 000  dom z lat 80-tych
14 Międzyborów media 1300 m2, dom 90 m2 130 000 do remontu
18  Międzyborów  media  1550 m2, dom 150 m2  250 000  nowy dom


W sumie chyba nie trudno stwierdzić o co w mailu chodzi - są poprawne gramatycznie pytania, mają znaki zapytania, a użyty język nie jest specjalnie skomplikowany. Jednak nie dla pana z agencji - nadesłał następującą odpowiedź:

Witam Panią ,

w tej chwili musimy to zauktualizować. mamy działki w gminie Tarczyn, k/Piaseczna, szosa krakowska, pzdr


Dla niewtajemniczonych - Tarczyn jest oddalony od Międzyborowa o ok. 40 km, choć niewątpliwie obie miejscowości są w województwie mazowieckim (i to chyba wszystko co je łączy).

Nie wiem, czy pan z agencji robił jeszcze starą, czy też nową maturę, ale jeśli tą drugą, to chyba załapał się na amnestię pana Romka, bo inaczej nie dałby rady. Na zadane pytania nie odpowiedział, za nieaktualność strony internetowej nie przeprosił, a później dodał coś w stylu Monty Pythona.

A tak w ogóle to o agencjach nieruchomości jeszcze będzie nie raz, bo mimo, że dopiero zaczynam mieć z nimi do czynienia, to już jestem zdumiony, jak na tak konkurencyjnym (podobno) rynku jak nieruchomości, można działać dając klientowi do zrozumienia, że to on się musi postarać a nie agencja. Póki co nie mogę powstrzymać zdumienia.
20:15, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 września 2006
Jak zatrudnić dobrego pracownika?
Dość często na drodze ku dobrej obsłudze klienta staje pracownik. Może to być ekspedientka w sklepie, która uznaje rozmowę z koleżanką za ważniejszą od rozmowy z klientem, urzędniczka, która uważa, że zarabia za mało i w związku z tym nie musi się "wyżyć" na petencie lub znudzony pracownik hotline. Często nawet jeśli menedżerowie chcą dbać o obsługę klienta, to właśnie stosunek do tematu pracowników niższego szczebla okazuje się barierą nie do przejścia - w końcu na rozmowie kwalifikacyjnej wszyscy byli mili i uprzejmi, a tu nagle w pracy zmieniają się nie do poznania.

Interesującą metodę rekrutacji stosują amerykańskie linie lotnicze SouthWest Airlines (SWA) - pierwowzór europejskich tanich linii ze sławnym Ryanair na czele. Otóż dział HR doszedł do wniosku, że najważniejsze wymaganie dla potencjalnego pracownika to stosunek do innych ludzi - chęć do pomocy w mniej i bardziej niespodziewanych sytuacjach, które wydarzają się w czasie obsługi pasażerów.

Dlatego każdy potencjalny kandydat do pracy dostaje darmowy bilet do Dallas, gdzie mieści się centrala firmy. Leci oczywiście samolotem SWA, a wszyscy pracownicy obsługujący go po drodze, wiedzą, że jest to kandydat do pracy. Ich celem jest obserwowanie jego zachowań - czy jest uprzejmy w stosunku do współpasażerów i załogi, czy pomaga innym podróżnym. Czasem nawet specjalnie inscenizuje się sytuacje z zagubioną babcią lub panem, któremu rozsypał się bagaż - sprawdzając, czy kandydat do pracy wykaże chęć pomocy w takich sytuacjach.

Oczywiście wszyscy 'obserwatorzy' przekazują swoje uwagi do centrali i to zwykle zanim jeszcze kandydat trafi na rozmowę kwalifikacyjną. W czasie tej rozmowy sprawdza się głównie kwalifikacje - postawa w stosunku do innych została już wcześniej zweryfikowana. Co ciekawe - bez względu na to jak wysokie kwalifikacje ma kandydat, jeśli nie przeszedł 'tajnego testu z zachowań' pozytywnie, nie ma szans na zatrudnienie w SWA. Firma wychodzi z założenia, że jakość obsługi to dla nich podstawowa (obok niskich cen) przewaga konkurencyjna i w związku z tym nie mogą sobie pozwolić na zatrudnianie niegrzecznych, gburowatych pracowników.

Oczywiście pozostaje pytanie, czy skoro ktoś o tym pisze publicznie, to taka weryfikacja ma jakikolwiek sens? W końcu przecież każdy potencjalny pracownik może przeczytać o tym, że będzie obserwowany i udawać grzecznego. Odpowiedź speców od HR z SWA jest dość prosta - po pierwsze pisze się o tych praktykach głównie na stronach mówiących o biznesie, na które kandydaci na szeregowych pracowników z reguły nie zaglądają (chyba, że ktoś robi bardzo szczegółowe rozpoznanie przed rozmową kwalifikacyjną, ale za to należy mu się plus). Po drugie - nawet jeśli kandydaci wiedzą o tej praktyce - dużo trudniej udawać uprzejmego przez kilka godzin lotu niż przez 30 minut rozmowy kwalifikacyjnej.

Niestety nie leciałem nigdy lotem SWA, więc nie wiem, jak zaprezentowana powyżej teoria ma się do praktyki - czy pracownicy rzeczywiście wyróżniają się uprzejmością i chęcią pomocy. Ale może ktoś z czytelników leciał (mam nawet pewne podejrzenia wskazujące na konkretną osobę) i mógłby się podzielić wrażeniami? Komentarze są mile widziane.
04:44, jchoinski , Idea
Link Komentarze (17) »
środa, 06 września 2006
Internet dla (przyszłych) emerytów
Jakiś czas temu zmieniałem fundusz emerytalny - ten, do którego się zapisałem jak zaczynała się reforma emerytalna (Ego - nie wiem, czy ktoś ich jeszcze pamięta, mieli bardzo nietypowe reklamy), został kilka lat temu przejęty. Przejmującym był jeden z najsłabszych funduszy na rynku, więc w końcu postanowiłem się z niego wynieść.

Wybór padł na fundusz ING-NN - podobno jeden z najlepszych i największych. Po małym zamieszaniu związanym z podpisywaniem umowy udało się i dostałem informację, że zostałem zaliczony w poczet członków funduszu, a mój numer rachunku to xxxxxyyyyyy. Skoro już mam numer rachunku, to pomyślałem, że może warto by było śledzić co się na nim dzieje i ile już na emeryturę uzbierałem. Tym bardziej, że można to zrobić przez internet - w końcu postęp zagląda nawet do funduszy emerytalnych.

Niestety - okazało się, że nie jest to takie łatwe. Najpierw trzeba było wypełnić specjalny formularz z deklaracją, że chce się mieć dostęp do informacji o stanie rachunku przez internet. Jak już wypełniłem, to się okazało, że formularz muszę wydrukować, podpisać, włożyć w kopertę i wysłać pocztą. Po odstaniu w kolejce na poczcie szczęśliwy zacząłem oczekiwać na przesyłkę z kodem dostępu do serwisu www. Po kilku dniach pojawił się list z ING-NN. Zadowolony złapałem kopertę, usiadłem przed komputerem i otworzyłem ją. Niestety okazało się, że to jeszcze nie to - w kopercie był list następującej treści:

Szanowny Panie

Zgodnie ze złożoną przez Pana dyspozycją w sprawie korzystania z usług informacyjnych został nadany Panu Indywidualny Numer Klienta.

Pana Indywidualny Numer Klienta to xxyyxxyy

Wkrótce otrzyma Pan kopertę zawierającą numer PIN/hasło i od tego momentu będzie Pan mógł korzystać z wybranych przez siebie usług.

Zapraszamy do korzystania z naszych usług i zapewniamy, że przyczynią się one do sprawnego i szybkiego przepływu informacji między Panem a spółkami Grupy ING.

Miłe, ładne tylko zastanawiam się:
  • po co mi jeszcze jeden numer do pamiętania - mam już numer rachunku w OFE?
  • dlaczego na PIN i hasło muszę czekać kolejne kilka dni?
  • czy nie można mi było tego numeru przysłać od razu z informacją o przystąpieniu do OFE?
  • czy agent ubezpieczeniowy, który zapisywał mnie do funduszu, nie może od razu pytać, czy jestem zainteresowany dostępem do informacji przez internet, zaznaczyć odpowiednie pole w formularzu i PIN mógłby przyjść do mnie od razu po przystąpieniu do funduszu?
  • jak się ma zdanie 'Zapraszamy do korzystania z naszych usług i zapewniamy, że przyczynią się one do sprawnego i szybkiego przepływu informacji między Panem a spółkami Grupy ING' do faktu, że od 3 tygodni próbuję się dowiedzieć ile mam środków na rachunku?
Niestety - najprawdopodobniej cały proces dostępu przez internet projektowali informatyk i spec od bezpieczeństwa. Nie było przy tym pewnie nikogo, kto by się zajmował relacjami z klientami i miał doświadczenie spoza sektora bankowo-ubezpieczeniowego. Ba - pewnie nie było przy tym nawet księgowego - bo gdyby był , to by się zastanowił, czy nie można tego zrobić tak, żeby nie ponosić kosztów kilku dodatkowych przesyłek.

Jak sobie pomyślę o różnych usługach bankowych, to mi wychodzi, że podobne bezsensowne procedury są tam standardem i chyba niewiele banków wykazało się taką dozą zdrowego rozsądku, która pozwoliłaby je uprościć. Ciekawe, czy z czasem zacznie się to zmieniać.
06:38, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Dobre i tanie jedzenie
Każdy z nas czasem potrzebuje coś zjeść. Jeśli jesteśmy akurat w domu, to (jeśli tylko chcemy), możemy mieć dużą kontrolę nad tym, co jemy. Gorzej jest na tzw. mieście - tam dominuje zwykle kuchnia wietnamska (zwana nie wiadomo czemu chińską), kebab, różnego rodzaju 'hamburgerownie'. Oczywiście są też i restauracje, w których można zwykle zjeść coś smacznego - problem polega na tym, że zwykle są drogie, a w dodatku czas oczekiwania wraz z konsumpcją sięga godziny.

Kilka tygodni temu byłem na krótkiej wyprawie do Krakowa i znalazłem tam coś rewelacyjnego (no dobra - nie znalazłem, bo jakieś 5 lat temu też tam byłem). Owe cudowne miejsce z dobrym jedzeniem to Chimera. W skład Chimery wchodzi restauracja (o której tutaj pisać nie zamierzam) oraz bar sałatkowy (o którym napiszę).




Otóż w Chimerze, w przeciwieństwie do innych barów sałatkowych można się najeść. Kobiecie wystarczy w tym celu zwykle 10PLN (300g), natomiast duża porcja (500g) kosztuje 15 PLN. Sałatek do wyboru jest mnóstwo - choć zaraz po otwarciu możemy mieć mniejszy wybór (dania są przygotowywane na bieżąco, więc z każdą kolejną godziną wybór się poszerza). Wszystko jest świeże, pachnące, soczyste i smaczne. Jedzenie podawane jest na prawdziwych talerzach z prawdziwymi sztućcami (zero kartoników i plastiku), a oprócz dań zimnych można również wybierać z kilku ciepłych. Do sałatki ze świeżych warzyw można sobie wziąć na deser również świeże ciasto i dobry napój ze świeżych owoców lub ziół. Dla uzależnionych od fast-foodów jest też Coca-Cola.

Zakupu dokonuje się przy długiej ladzie, wzdłuż której idziemy sobie i mówimy, co ma się znaleźć na talerzu. Zaczynamy od dań ciepłych, potem są sałatki, ciasta, napoje i na końcu kasa. Personel jest sympatyczny (i ładny) i potrafi doradzić całkiem interesującą sałatkę. Lady i zaplecze są czyste. Do świeżości przekonało mnie zdjęcie zrobione 'od tyłu' - widać, że przerób mają niesamowity - co chwila z zaplecza wychodził ktoś i zabierał kosz wyładowany warzywami. Po chwili pewnie trafiały one na stół.



W czasie 2 wizyt lokal (a właściwie podwórze kamienicy, bo większość stolików jest pod gołym niebem) zawsze był zapełniony prawie po brzegi (na oko ok. 100 'konsumentów'). Z tego co wiem od znajomych - jest tak prawie codziennie. Aż się dziwię, że firma nie otworzyła jeszcze filii w Warszawie (na Ochocie poproszę).
11:28, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 sierpnia 2006
Bank zaoszczędził ... na reputacji
Wczoraj w Gazecie napisali:

"Chcesz wypłacić z bankomatu 200 zł, ale dostajesz tylko 100 zł. Składasz reklamację? Przygotuj się na niełatwą przeprawę z właścicielem bankomatu"

Otóż okazało się, że mBank przez kilka miesięcy walczy z klientką, która zareklamowała wypłatę w bankomacie, bo ten zdaniem klientki wypłacił jej 200 zamiast 300 zł.

Co więcej, nawet gdy sprawą zajęli się dziennikarze, rzeczniczka banku idzie w zaparte - Euronet sprawdził liczbę banknotów w bankomacie i jest ich tyle ile powinno, więc żaden się nie zawieruszył. Na pytanie, czy mogło się zdarzyć, że brakujący banknot został wypłacony innemu klientowi nie potrafi już odpowiedzieć.

I nie bardzo mogę pojąć dlaczego:
- bankowi opłaca się prowadzić całe postępowanie wyjaśniające, którego koszt z pewnością przekroczył już ową sporną sumę 100zł?
- bank (i to w osobie pani rzeczniczki, która udzielała odpowiedzi dziennikarzom Gazety) nie pomyślał, o tym jaki wpływ publikacja w Gazecie będzie miała na reputację banku i decyzje innych klientów. Nawet w ostatniej chwili nikt nie wpadł na pomysł, żeby udzielić dziennikarzom właściwej odpowiedzi (sprawa została już wyjaśniona, klientka otrzyma owe 100 zł (i może jakiś prezencik) i przeprosiny za napotkane przez nią niedogodności)

Tak się składa, że o bankowości uczyłem się przez 5 lat studiów i podstawową zasadą, jaką mi przez ten czas wpajano, to fakt, że to czym bank się różni od innych przedsiębiorstw, to fakt, że za żadne skarby nie może sobie pozwolić na utratę zaufania klientów, bo taka utrata może doprowadzić bank do upadłości bez względu na to, jak dobra będzie jego sytuacja finansowa. Widać pani rzecznik jeszcze tego nie nauczyli.

Kiedyś miałem konto w Citibanku - nie miałem tam co prawda problemów z bankomatami, ale jak na koncie karty kredytowej pojawiła się podejrzana transakcja, to jak tylko zgłosiłem to w serwisie obsługi klientów, transakcje natychmiast anulowano i zwrócono mi wszystkie koszty - bez żadnych pytań, formularzy, wyjaśnień - tak po prostu od ręki. Z tego co pamiętam transakcja opiewała na $32, więc suma podobna. Potem niestety Citibank się popsuł (połączenia z BH zaowocowało niedostępnością konta przez ponad tydzień), więc przeniosłem się do mBanku. Ale może czas wrócić?
21:55, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (7) »
środa, 02 sierpnia 2006
Mechanicy z prawdziwego zdarzenia
W poniedziałek przyszedł czas, żeby w moim samochodzie wymienić olej i sprawdzić, czy nie popsuło się coś jeszcze. Ponieważ samochód mam inny niż poprzedni, więc postanowiłem poszukać innego warsztatu, który dokonałby niezbędnego przeglądu. Wypadło na warsztat mechanic.pl i prawdę mówiąc jestem zadowolony jak nigdy. Oto dlaczego:



1. Strona internetowa jest (jak na warsztat samochodowy) wyjątkowo ładna i pozbawiona zbędnych wodotrysków, które tylko irytują zamiast ładnie wyglądać. W dodatku zawiera wszystkie potrzebne informacje i naprawdę zachęca do odwiedzenia warsztatu.

2. Za sam przegląd nie zapłaciłem ani grosza (mają taką promocję teraz). Jak sobie pomyślę, że w poprzednim warsztacie płaciłem 300 PLN za samo dokładne obejrzenie samochodu, to jest całkiem nieźle. W dodatku zwykle jak jest promocja i przegląd jest bezpłatny, to znajdują tyle usterek niezbędnych do natychmiastowej naprawy, żeby sobie na tym odbić koszty przeglądu - w tym przypadku tak nie było.

3. Pod warsztatem pojawiłem się 15 minut przed godziną otwarcia (źle skalkulowałem poranne korki). Okazało się, że w warsztacie już ktoś jest i jak tylko zobaczyli mój samochód na parkingu, to pan zaprosił mnie do środka i przyjął zlecenia (a mógł się jeszcze 15 minut poobijać)

4. W ciągu godziny od zostawienia samochodu ktoś z warsztatu zadzwonił do mnie z informacją jakie rzeczy znaleźli, które z nich są niezbędne do zrobienia szybko (i jakie będą konsekwencje jak się nie zrobi), a z którymi da się jeździć. Dla każdej z usterek podali też koszt usunięcia i poprosili o decyzję co robić, a czego nie. Zwykle jest tak, że dzwonią na godzinę przed terminem odbioru samochodu (wcześniej nie było pilne, więc nikt się za to nie zabierał), i okazuje się, że wszystko jest do zrobienia na już, bo jak się nie zrobi, to auto się za chwilę rozleci.

5. Drugi telefon otrzymałem jak auto było już gotowe - 50 minut przed umówionym terminem.

6, 'Przy okazji' przeglądu mechanicy zdołali usunąć jeszcze jedną usterkę, z którą walczyłem od dość dawna i kosztowała mnie jakieś 2-3 tys. PLN. Okazało się, że można ją usunąć za 50 PLN i rzeczywiście poskutkowało.

7. Chłopaki nie boją się podejścia typu 'płacę za usunięcie usterki a nie za wymienienie jakichś tam części' - zwykle jest tak, że jak coś nie działa, to mechanik wymienia do skutku różne rzeczy i za każdą z nich bierze kasę - tutaj jest inaczej.

8. Obsługa jest uprzejma i zainteresowana - widać, że gość jest w tym dobry. Oprócz tego, że jest zorganizowany, uprzejmy i kompetentny, w dodatku wykazuje 'nadprogramowe' zainteresowanie klientem - pytał o to, jak mi się jeździ samochodem, ile pali, czym jeździłem wcześniej, jak mi się podoba warsztat, etc. Mimo, że jestem w stanie zauważyć, że to pewien 'trick' nastawiony na zbudowanie lepszych relacji z klientem, to i tak było mi miło, że ktoś się mną interesuje (a dokładniej, że ja odnoszę takie wrażenie, bo ile pali taka Skoda to gość zapewne już dawno wiedział - nie jestem chyba ich jedynym klientem z takim autem).

Podsumowując - warsztat jakich mało i pewnie chętnie u nich jeszcze nie raz zawitam. Gorąco polecam wszystkim zmotoryzowanym Warszawiakom i zapraszam do brania wzoru przez innych właścicieli warsztatów (tych, którzy jeszcze nie stosują podobnego podejścia do klienta, bo nie wątpię, że takie warsztaty są, tyle, że mi się one trafiają dość rzadko).
04:46, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (11) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Napisz do mnie

kuba(at)choinski.pl