Wydawałoby się, że 15 lat po upadku komunizmu wszyscy nauczyli się już, że biznes polega na tym, że klientom oferuje się to czego oni oczekują i traktuje się ich z szacunkiem. Okazuje się, że nie jest to wcale wiedza tak powszechna - cały czas spotykam się (i zapewnie nie tylko ja) z sytuacjami rodem z 'Misia' albo 'Zmienników'. Więc może czas zacząć popularyzować wiedzę o tym jak należy (i jak na pewno nie należy) traktować klientów.
Kategorie: Wszystkie | Bingo | Humor | Idea | Skucha
RSS
środa, 21 stycznia 2009
Wypróbuj za darmo przez 14 dni

Hasło jak w tytule (zmienia się co najwyżej długość okresu testowego) spotykamy praktycznie wszędzie. Sprzedający, próbując przekonać nas do zakupu oferuje darmowy okres testowy - żebyśmy mieli okazję przekonać się, jak wspaniały jest oferowany produkt, Praktyka pokazuje, że na testowanie zwykle nie starcza czasu i kończymy kupując kota w worku. Na szczęście są firmy, które potrafią zaoferować ciekawsze rozwiązanie...

No właśnie - każdy z nas prawdopodobnie kiedyś pobrał z sieci darmową wersję próbną jakiegoś programu lub skusił się na okres próbny w jakimś płatnym serwisie, czy choćby u dostawcy kablówki. Ostatnio szukałem fajnego edytora HTML i ktoś mi podpowiedział, że istnieje coś takiego jak Coda (uwaga - to program na Maca, pod Windowsem nie będzie działał). Stronę producenta znalazłem w sieci i pobrałem wersję próbną (z tego co pamiętam 14 dniową).


O programie zapomniałem mniej więcej na tydzień, po czym trafiła się okazja do napisania kawałka HTMLa. Odpalam więc ściągniętą Codę i niespodzianka - "You have 14 days left to try this product" (masz 14 dni na wypróbowanie produktu). No cóż, myślę sobie, może liczą sobie okres próbny od pierwszego uruchomienia? W każdym razie - HTMLa zrobiłem, opublikowałem i zapomniałem o programie na kolejny tydzień. 

Po tygodniu przyszła kolej na poprawienie HTMLa sprzed tygodnia - znów odpalam Codę, a tutaj kolejna niespodzianka - "You have 13 days left to try this product"! Co się dzieje?? 

Po chwili analizy okazało się, że producenci programu przyjęli bardzo interesujące założenie - że skoro dają 14 dni, na przetestowanie, to jest to pierwsze 14 dni, w czasie których używasz programu, a nie 14 dni kalendarzowych od momentu zainstalowania. Dzięki temu program przetestowałem dość wszechstronnie i nie zamierzam go zamienić na żaden inny edytor HTMLa - jest tak dobry, że nawet stary poczciwy TextMate się nie umywa.


Z drugiej strony, strasznie spodobał mi się pomysł na danie użytkownikowi rzeczywistego czasu na wypróbowanie produktu - wyobraźcie sobie, że kupujecie kablówkę i nie płacicie, dopóki 14 razy nie włączycie telewizora. Albo że pierwsze 100 rozmów przez telefon komórkowy jest za darmo. Fajnie brzmi, prawda? 

Niestety - obawiam się, że w przypadku wielu firm ich model biznesowy opiera się właśnie na tym, że kupujący nie wykorzystuje w pełni "darmowego" okresu - dlatego są w stanie na nim zarabiać. Ale z drugiej strony, w dobie konkurencji, która skłania operatorów telefonii komórkowej do rezygnacji z zakładania simlocków na oferowane telefony, może ktoś się odważy zaryzykować i zyskać lojalnego klienta? Oczywiście pojawi się wielu "gapowiczów", którzy będą żyć z różnego rodzaju promocji, ale oni i tak skąpią i na nich się nigdy nie zarobi - więc może warto zaryzykować. Mi się w każdym razie taki model bardzo spodobał. A co Wy o tym myślicie?

22:51, jchoinski , Idea
Link Komentarze (7) »
niedziela, 22 czerwca 2008
Jak zdejmowałem SIMlocka

W ciągu ostatnich kilku lat chyba wszyscy przywykliśmy do telefonów komórkowych - w końcu według najnowszych statystyk aktywnych 'komórek' jest już w naszym kraju więcej niż obywateli. Przywykliśmy też już do modelu, w którym telefon kupuje się za złotówkę, a koszt jego zakupu spłaca się potem w abonamencie. W sumie nie jest to chyba taka zła opcja, skoro większość ludzi się na nią decyduje. I większość z nas wie, co oznacza magiczne słowo SIMLock, pozwalające operatorom komórkowym utrudniać ucieczkę klientów do konkurencji.

Jak zapewne większość czytelników wie, istnieją 2 podstawowe sposoby na zdjęcie SIMlocka. Pierwszy, nazwijmy go 'półlegalny' polega na skorzystaniu ze stosownego oprogramowania lub usługi specjalizowanego punktu i pozbycie się blokady bez wiedzy firmy, która tą blokadę założyła. Kosztuje to zwykle kilkadziesiąt złotych (cena zależy od modelu telefonu) i można tego dokonać w każdej chwili - nawet następnego dnia po zakupie telefonu. Druga metoda, to skorzystanie z usług operatora, który ową blokadę założył - zwykle kosztuje to kilkaset złotych w okresie, na który zawarto umowę, której częścią była sprzedaż zablokowanego telefonu. Ale za to jak umowa już wygaśnie, zdjęcie SIMlock'a odbywa się gratis.

Kilka lat temu, jak tylko pojawiła się na rynku usługa BlueConnect, kupiłem sobie modem UMTS, który w międzyczasie zestarzał się trochę technologicznie, a w dodatku nie współpracuje z moją Makówką (jak go kupowałem, miałem jeszcze PC-ta). Ale z racji tego, że umowa dawno się skończyła, a za zdjęcie blokady panowie z budki zażądali ode mnie 150 PLN, postanowiłem skorzystać z bezkosztowej opcji zdjęcia blokady oferowanej przez operatora, który mi ten modem sprzedał. Stare przysłowie mówi, że jak coś jest za darmo, to zwykle wychodzi bardzo drogo, co oczywiście i tym razem się sprawdziło. A wszystko było tak:

Wizyta pierwsza

Do salonu firmowego udałem się z modemem oraz dokumentem tożsamości - wydawało się, że to wystarczy. Po odczekaniu stosownego czasu w kolejce (nie było tak źle - czekałem max. 5 minut) udałem się do sympatycznego pana, który poinformował mnie, że aby zdjąć za darmo SIMlock'a, muszę się wykazać dokumentem zakupu modemu - bo w końcu operator musi skądś wiedzieć, że umowa już się skończyła i zdjęcie blokady należy się gratis. Nie szkodzi, że modem kupiłem od tego samego operatora, z nim zawarłem umowę, a później, po upływie dwóch lat tą umowę rozwiązałem. Wydawałoby się, że skoro umowy już nie ma, a modem jest, to oczywistym jest, że zdjęcie blokady się należy za darmo. Niestety - nie dla wszystkich jest to takie oczywiste i trzeba się udać do domu po fakturę zakupu (aż się boję pomyśleć co by było, gdybym tą fakturę np. zgubił).

Wizyta pierwsza i pół

Na szczęście okazało się, że w salonach firmowych pracują ludzie, którzy myślą i starają się pomóc klientowi. Pan, z pomocą drugiego pana, w jakiś sposób wyszukał w systemie moją fakturę zakupu feralnego modemu (na szczęście kupowałem bezpośrednio od operatora, a nie od jakiegoś przedstawiciela, bo wtedy manewr by się nie udał). Po obejrzeniu faktury pan stwierdził, że rzeczywiście zdjęcie SIMlock'a mi się należy gratis i przystąpił do realizacji stosownej procedury. Kiedy już myślałem, że za 5 minut będę posiadaczem uwolnionego modemu, okazało się, że teraz system musi mi wygenerować 'numerek', który pozwoli na zdjęcie SIMlock'a. Oczywiście generowanie numerka nie odbywa się od ręki i może potrwać ok. tygodnia. Na szczęście, jak już system upora się z tym arcytrudnym zadaniem, to otrzymam o tym powiadomienie SMSem i będę mógł się ponownie pojawić w salonie

Wizyta druga

Zgodnie z obietnicą - system po 5 dniach wygenerował numerek, a ja dostałem informację, że numerek czeka na mnie w salonie firmowym i mogę tam pojechać. Więc kolejnego dnia pojawiłem się w salonie, odczekałem swoje w kolejce (tym razem miałem mniej szczęścia i czekanie zajęło mi 40 minut) i stanąłem oko w oko z Wielkim Zdejmowaczem SIMlock'ów. Pan Zdejmowacz postukał w klawiaturę systemu, wziął do ręki małą karteczkę i długopis, zapisał na niej magiczny numerek i ową kartkę wręczył mi. Do tego poinstruował, jak z wykorzystaniem owego magicznego numeru zdjąć sobie blokadę samodzielnie. Okazało się, że potrzebny jest do tego komputer, do którego można taki modem podłączyć (jak na początku wspomniałem - blokadę chciałem zdjąć właśnie dlatego, że takiego komputera nie posiadam, więc modem mi nie jest potrzebny, a bez blokady sprzedaje się go o wiele łatwiej) oraz karta SIM operatora innego niż ERA GSM (bo jak się podłączy modem z kartą innego operatora, to dopiero wtedy aplikacja pyta o numerek i zdejmuje blokadę). Oczywiście w salonie nikt mi blokady nie zdejmie, bo oni nie mają ani takiego komputera, ani tym bardziej karty SIM innego operatora (co akurat dziwne nie jest).

Przemyślenia na koniec

Jak widać, nawet trzy wizyty w salonie firmowym nie wystarczą, żeby zdjąć SIMlock'a z dawno nie używanego modemu. Co więcej - jak się ktoś przyjrzy tej całej procedurze, to nietrudno zauważyć, że ostatnia wizyta w salonie jest zupełnie niepotrzebna (w końcu numerek mogliby przysłać SMSem razem z instrukcją jak go użyć). Tak naprawdę, jeśli byłaby to procedura, na której operatorowi zależy, to można by było zrezygnować z jakichkolwiek wizyt w salonie firmowym i załatwić wszystko przez hotline (skoro da się tak przedłużyć umowę i zmienić taryfę, to nie widzę przeszkód aby pozbyć się w ten sposób SIMlock'a - przez cały czas żaden pracownik salonu firmowego nawet nie wziął do ręki mojego modemu). Tyle, że zdejmowanie SIMlock'ów to nie jest coś, na czym operator zarabia - więc woli na tym tracić - zarówno reputację i klienta, który taką próbę podejmie (i co gorsza jeszcze może o tym napisać na blogu), jak i czas swoich pracowników (3 wizyty x kilkanaście minut każda). Niestety nie wiem, jak jest u innych operatorów (może ktoś przećwiczył i napisze w komentarzu?), ale ja po dwóch wizytach (jednej na szczęście udało mi się uniknąć) w dalszym ciągu mam nieodblokowany modem, a koszty już chyba przekroczyły 150 PLN, które oferowali panowie z budki (a jeszcze pewnie można było się potargować). Tak więc drogi czytelniku - jeśli ktoś Ci wmawia, że coś zrobi dla Ciebie za darmo, to nawet jeśli jest to duża i poważna firma - miej się na baczności.

13:41, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 kwietnia 2008
Made in China

Zwykle pisałem o zachowaniach producentów i sprzedawców wobec klientów, ale dziś wyjątkowy (i zapewne kontrowersyjny) temat dotyczący zachowań konsumentów (a więc nas wszystkich). Ostatnie tygodnie i to, co się w nich wydarzyło w Tybecie oraz dyskusja na pewnym blogu skłoniły mnie do zastanowienia się nad aspektami moralnymi kupowania produktów wytworzonych w Chinach Ludowych. Jaki ustrój panuje w Chinach wszyscy wiemy - ja np. pamiętam jeszcze, że w dniu, kiedy w Polsce mieliśmy pierwsze wybory, w których można było rzeczywiście wybierać, w Pekinie czołgi rozjeżdżały protestujących studentów na Placu Niebiańskiego Pokoju. Warto jeszcze dodać, że oprócz tego, że Chiny to państwo z pewnością totalitarne, wykonuje się tam ok 90% spośród wszystkich zapadających na świecie wyroków kary śmierci, ludzie masowo wysyłani są do obozów pracy przymusowej, a internet jest cenzurowany (nie wiem na ile skutecznie) przez aparat państwowy.

Jednocześnie Chiny to jedno z najszybciej rozwijających się państw na świecie - głównie dzięki eksportowi różnego rodzaju tanich towarów - od trampek, poprzez elektronikę aż po rowery i samochody. Właściwie można założyć, że każdy z czytających tego bloga jest w posiadaniu czegoś, co ma na metce napisane 'made in china'. Dlatego powstaje pytanie o moralny aspekt kupowania chińskich produktów - czy nie przyczyniamy się w ten sposób do utrzymania panującego tam reżimu i nie przykładamy ręki do prześladowań jakie mają tam miejsce? Czy czasem bojkot chińskich towarów (o ile jest w ogóle możliwy) nie jest lepszym rozwiązaniem?

Jak sobie zacząłem o tym myśleć i czytać różne opinie na ten temat (zwłaszcza te bardziej radykalne), to doszedłem do wniosku, że najważniejsze pytanie, które trzeba sobie na początku zadać, to co chcemy osiągnąć - bo możliwe odpowiedzi są przynajmniej dwie:

  1. Chcemy pomóc zwykłym chińskim obywatelom i jakoś ulżyć ich niedoli.
  2. Chcemy pokazać chińskim władzom co myślimy o ich sposobie rządzenia.

Ja przy takim wyborze nie mam wątpliwości co chcę osiągnąć - zdecydowanie ważniejszy jest dla mnie cel pierwszy.

No i tutaj trzeba się zastanowić jaki jest wpływ zakupu towaru 'made in China' na los przeciętnego Chińczyka. Z pewnością jakaś część tych pieniędzy trafia do Chin i tutaj jest jakoś dzielona między pracujących i rządzących. Co ważne - bez względu na to, że coś dostają rządzący, na pewno jakaś część trafia do zwykłego Chińczyka, który uszył te przysłowiowe trampki. A skoro trafiają do Chińczyka, to pewnie jego los się dzięki temu trochę poprawi - jeden kupi sobie za to paczkę papierosów, inny piwo, a jeszcze inny uzbiera więcej kasy, żeby wysłać dziecko do lepszej szkoły - każdy ma swoje indywidualne priorytety. Nie ulega natomiast wątpliwości, że jakaś część z tej kasy trafi do szarych (w dosłownym sensie jeśli ktoś widział ich ubiory) chińskich robotników, a za jakąś część elita rządząca pewnie sobie kupi kolejnego Maybacha albo rosyjski czołg.

Teraz się zastanówmy co by było, gdybyśmy tych chińskich produktów nie kupowali. Otóż z jednej strony biedny robotnik nic nie dostanie, a z drugiej nie będzie Maybacha ani rosyjskiego czołgu. Na pewno szary chińczyk będzie uboższy, ale reżim nie kupi sobie kolejnego czołgu. Czy aby na pewno? Skoro ten robotnik nie ma pracy przy trampkach, to przecież może robić chińskie czołgi - może trochę gorsze, ale do tłumienia opozycji (której broń to koktajle Mołotowa) zapewne równie skuteczny. Tyle rozważań 'na chłopski rozum', ale żeby nie wyjść na kompletnego laika, poszukałem trochę w sieci i dowiedziałem się, że:

  1. Chińska gospodarka otworzyła się na świat (i zaczęła zapraszać obcy kapitał do inwestowania na miejscu) mniej więcej na początku lat 80tych.
  2. Historia ostatnich lat pokazuje, że dzięki temu, że wielkie korporacje wykorzystują Chińczyków jako tanią siłę roboczą, znakomita większość obywateli tego kraju ma co jeść i zaczyna mieć jakieś zabezpieczenie finansowe. Według danych Banku Światowego (a nie jakiegoś chińskiego GUSu) w 1981 roku 64% populacji żyło poniżej progu ubóstwa. W 2004 roku ten problem dotyczył już tylko 10% chińskiego społeczeństwa - co oznacza, że ponad 500mln Chińczyków wydostało się ponad ten próg. Nie muszę chyba dodawać, że w sąsiedniej Korei Północnej, która nie pozwala wielkim korporacjom wykorzystywać swoich obywateli nie zanotowano podobnego postępu (a jeśli już, to raczej w odwrotną stronę).
  3. W swojej powojennej historii Chiny zanotowały okres (lata 1959-1961) kiedy z głodu zmarło przynajmniej 14 milionów ludzi. Od 1981 roku (a więc od otwarcia się na wielkie korporacje) żadnej klęski głodu w Chinach nie zanotowano.
  4. Historia zna wiele przypadków (najbardziej spektakularny to ZSRR w latach 30tych), gdzie po ograniczeniu swobody gospodarczej (a więc m.in. wyrzuceniu zagranicznych firm) w systemie totalitarnym doszło do klęski głodu, która kosztowała życie wiele milionów osób.
  5. Historia nie zna ani jednego przypadku (a przynajmniej mi nie udało się go znaleźć), w którym w wyniku wprowadzenia sankcji gospodarczych upadłby jakikolwiek system totalitarny. Co więcej - przykłady takich państw jak Kuba, Korea Północna, Irak czy Iran pokazują, że po wprowadzeniu sankcji gospodarczych najbardziej cierpieli na tym najbiedniejsi obywatele tych państw, a los elit rządzących specjalnie się nie pogarszał.

A więc - zarówno z prostej analizy myślowej jak i z faktów gospodarczo-historycznych wygląda, że szanse na to, że bojkot chińskich towarów (bez względu na to jak zły ustrój panuje w Chinach) doprowadzi do jakiejś zmiany w polityce wewnętrznej tego państwa są znikome. Z drugiej strony - dzięki temu, że kupujemy chińskie trampki i elektronikę, milionom ludzi w tym kraju żyje się lepiej (a przynajmniej dostatniej). Dlatego jeśli chcemy w jakiś sposób przyczynić się do poprawy życia chińskich obywateli, bojkot towarów przez nich produkowanych jest drogą najmniej właściwą (a nawet szkodliwą).

Oczywiście opinia przedstawiona powyżej jest tylko i wyłącznie moją opinią i nie otrzymałem nawet jednego juan od ambasady chińskiej, żeby to napisać. I prawdę mówiąc nie potrafię sobie wyobrazić jak by wyglądało moje życie w tamtym ustroju i popieram wszystkich, którzy dążą do jego zmiany i wyrzucenia wszystkich partyjnych notabli do sąsiedniej Korei Północnej. Natomiast z moich przemyśleń wyszło mi, że bojkotując chińskie towary, jakby to szczytne się nie wydawało, przyczyniamy się do pogorszenia a nie poprawy losu miliarda uciskanych przez aparat partyjny chińskich obywateli. Wszystkich, którzy się nie zgadzają z moim zdaniem, zachęcam do dyskusji - najlepiej popartej jakimiś argumentami.

22:50, jchoinski , Idea
Link Komentarze (15) »
środa, 09 stycznia 2008
Idealny kelner

Dziś zamiast opisywać własne doświadczenia związane z obsługą klienta postanowiłem skorzystać z doświadczenia Johna G. Millera, autora książki QBQ! The Question Behind the Question.

Otóż pan Miller w swojej książce (jeszcze nie przeczytałem całości, więc nie wiem, czy ją polecać) opisuje historię z pewnej zatłoczonej restauracji gdzieś w Ameryce. Restauracja była tak zatłoczona, że jedyne wolne miejsce jakie znalazł, to wysoki taboret przy barze. Usiadł tam oczekując na to, aż barman się nim zainteresuje, ale niestety - barman był tak zarobiony, że przez kilka minut nie znalazł chwili, żeby się zainteresować nowo przybyłym klientem. W końcu zaczepił go jakiś kelner wracający od stolika z tacą wyładowaną brudnymi sztućcami i talerzami:

- Przepraszam, czy ktoś podał już panu menu?

- Jeszcze nie, ale właściwie, to nie jest mi potrzebne. Chciałbym tylko zamówić sałatkę grecką i Diet Coke

- Przykro mi, ale nie serwujemy Coca-Coli tylko Pepsi - może być?

- W takim razie niech będzie tylko sałatka

Kelner zniknął w kuchni i za 2 minuty pojawił się z talerzem sałatki greckiej, po czym popędził do obsługiwanego przez siebie rewiru. Autor zadowolony przystąpił do konsumpcji, ale po chwili został ponownie zaczepiony przez tego samego kelnera, który wręczył mu szklankę i lodowatą butelkę Diet Coke

- Ale mówił pan, że nie serwujecie Coca-Coli?

- Bo nie serwujemy, ale skoro nie chciał pan Pepsi to uznałem, że naprawdę zależy panu na produkcie firmy Coca-Cola.

- Ale skąd ją pan wytrzasnął?

- Ze sklepu po drugiej stronie ulicy

- Nie mam jej na rachunku

- Nie szkodzi - to tylko $1, zapłaciłem z własnej kieszeni

- To bardzo miło, ale widzę jaki pan jest zabiegany - jak pan znalazł czas, żeby wyjść do sklepu?

- Nie znalazłem - wysłałem tam swojego kierownika

I to właśnie jest moim zdaniem przypadek wzorowej obsługi klienta w restauracji. Na marginesie mogę jeszcze dodać, że gdy autor następnym razem pojawił się w tej restauracji, jej kierownikiem był już ów nadgorliwy kelner.

Prawdę mówiąc mi się coś podobnego chyba nie zdarzyło jeszcze - choć mam kilka pozytywnych wspomnień z restauracji. Ale może ktoś z was ma podobne doświadczenia? Jeśli tak, to zapraszam do podzielenia się nimi poniżej.

16:52, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Komentarze na serwisach aukcyjnych

Każdy, kto choć raz w życiu przymierzał się do kupienia czegokolwiek na Allegro, Świstaku lub eBayu zapewne zdaje sobie z dobrodziejstwa komentarzy do transakcji. W sumie, to może się wydawać, że bez komentarzy serwis tego typu nie mógłby istnieć, a cały ten pomysł z komentowaniem poszczególnych transakcji to wybawienie, które chroni skutecznie przed kiepskimi sprzedawcami (i kupującymi). Też tak do niedawna myślałem

Ale ostatnio zrobiłem zakup od sprzedawcy, który okazał się przynajmniej niepoważny - wysyłka towaru trwała 2,5 miesiąca, a w końcu się okazało, że to co otrzymałem to kiepskiej jakości podróbki (chodziło o naklejki Apple z czasów z kolorowym logo - ktoś je jeszcze pamięta?).

A skoro sprzedawca się nie spisał, to zacząłem się zastanawiać nad wystawieniem mu 'negatywa'. Na szczęście ostatnio dużo czasu spędzam w samochodzie, więc pozastanawiałem się dłużej i wyszło mi na to, że system komentarzy ma jedną dość istotną wadę, którą tacy kiepscy sprzedawcy mogą eksploatować. Otóż nie wiem, czy zauważyliście - regułą stało się to, że to kupujący wystawia komentarz jako pierwszy - podczas, gdy to dla sprzedawcy transakcja kończy się szybciej (w momencie otrzymania płatności za towar, to w sumie już można ocenić, czy ma się do czynienia z uczciwym kupującym). W każdym razie - skoro sprzedający czeka z wystawieniem komentarza do czasu, aż zrobi to kupujący, to musi mieć w tym jakiś cel. No i jak się poszuka trochę w historii różnych transakcji różnych przypadkowych ludzi, to najczęściej okazuje się, że sprzedający czeka na to, czy przypadkiem nie dostanie 'negatywa', by się za niego zrewanżować. W sumie banalnie prosty mechanizm - gdybym sprzedawał na aukcjach internetowych, też zapewne szybko przyszedłby mi do głowy. Bo w takiej sytuacji, nawet jeśli ktoś kupi przez internet jakiegoś gniota, to wystawiając negatywny komentarz musi się liczyć z tym, że ktoś mu się zrewanżuje, psując mu dobrą reputację (a nikt tego nie lubi)

No i po tych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że najlepiej to kupować od sprzedawców, którzy na stronie 'O sobie" piszą, że wystawiają komentarz jako pierwsi - bo to znaczy, że nie spodziewają się 'negatywów' i podchodzą do sprawy śmiertelnie poważnie. Niestety - takich sprzedawców jest wciąż bardzo mało.

PS. Dziś jest ostatni dzień roku, a to sprzyja podejmowaniu różnego rodzaju postanowień. Ja, patrząc na historię mojego blogowania z ostatnich kilku miesięcy, podejmuję niniejszym publicznie zobowiązanie, że w 2008 roku przynajmniej raz w tygodniu, na tym blogu pojawi się jakiś post (i od razu uprzedzam, że nie mam jeszcze 52 gotowych postów schowanych w tajnym katalogu na komputerze).

20:58, jchoinski , Idea
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Instrukcja

Kilka dni temu padły mi słuchawki - jedna (a dokładniej lewa) przestała odtwarzać jakiekolwiek dźwięki. Próba znalezienia serwisu, który by je naprawił nie powiodła się. W dodatku budowa słuchawek pozwala przypuszczać, że sa nierozbieralne, a co za tym idzie - nienaprawialne.

W związku z tym zacząłem poszukiwać nowego gadżetu do kolekcji. Jak się zorientowałem, ze na topowy produkt firmy Bose mnie nie stać, zacząłem szukać czegoś tańszego, ale z funkcją tłumienia hałasu zewnętrznego (pracuje w bardzo gadatliwym towarzystwie). W końcu w dużym sklepie z elektroniką znalazłem coś w sam raz na moją kieszeń - słuchawki firmy Philips za jedyne 169 PLN.

Kupiłem, schowałem do plecaka i udałem się do domu. A domu rozpakowałem i postanowiłem zapoznać się z instrukcją obsługi - jest załączona w języku polskim. Ponieważ nie jest duża - pozwalam sobie załączyć skan - w jakości prawie wiernie odpowiadającej oryginałowi

Dla wyjaśnienia - instrukcja ma rozmiar ok. 6x8 cm i jest w języku polskim. Nie zawiera ani słowa na temat tego jak słuchawki podłączyć do różnych urządzeń (w zestawie są 2 przejściówki - do dużego jacka i wejścia samolotowego), jak uruchomić tryb aktywnego tłumienia dźwięku zewnętrznego, jak wymienić baterię, etc. Ale za to jest napisane, że IMPEDANCE to impedancja, a CABLE LENGTH to długość kabla. W dodatku całość to żałosnej jakości kserówka (a może nawet faks, sądząc po rozdzielczości). Trochę dziwne, że firma Philips nie wstydzi się sprzedawać słuchawek za taką kasę, dodając instrukcję tej jakości. Choć podejrzewam, że to wina nie tyle koncernu, co polskiego przedstawiciela - ale jakby na to nie patrzeć, marka na tym cierpi.

Aha - mimo takiej jakości instrukcji - same słuchawki grają bardzo dobrze.

21:00, jchoinski , Skucha
Link Komentarze (7) »
niedziela, 29 lipca 2007
Jak sprzedają jabłka w Londynie

Przed kilkoma dniami wróciłem z Londynu (od razu zapewniam, że nie szukałem tam pracy) i oczywiście, skoro udało mi się odwiedzić trochę inną cywilizację (mają np. bezpłatne czyste toalety w metrze), to teraz na jakiś czas będę miał o czym pisać.

Na początek będzie o jabłkach - otóż w Londynie do ich sprzedaży podchodzą o wiele bardziej profesjonalnie - być może dlatego, że sprzedażą zajmuje się tam firma Apple Inc. a nie lokalna firma krzak, której udało się przekonać producenta, że dobrze reprezentują jego interesy w Polsce. W każdym razie w Londynie są dwa oficjalne Apple Store'y - jeden z nich w centrum handlowym Brent Cross, a drugi - na Regents Street, w samym centrum Londynu (5 minut piechotą od Picadilly Circus). Ja miałem okazję (wielokrotną) odwiedzić ten drugi.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to wielkość - sklep nie jest może wielkości Media Marktu, ale dorównuje wielkością większości Empików. Oczywiście w środku jest mnóstwo Maców, iPodów i wszelkiego rodzaju innych zabawek, które można do woli dotykać i się nimi bawić (u nas cały czas taka próba zabawy spotyka się z nerwową reakcją personelu). Oczywiście na miejscu można kupić oprogramowanie na Maca (łącznie z grami, których podobno do Polski się nie opłaca sprowadzać), mnóstwo gadżetów, o których istnieniu nie miałem pojęcia (np. kolorowe obudowy na MacBooka) no i oczywiście same komputery i iPody (w dodatku taniej niż w Polsce).

Mi spodobało się coś jeszcze - nazywają to Personal Shopping. Otóż od momentu wejścia do sklepu można sobie wziąć ze sobą sprzedawcę i chodzić z nim po całym sklepie, zadając mu pytania, dowiadując się co i jak działa i co więcej - na wiedzy tego sprzedawcy można polegać (w polskich iSpotach nie radzę tego robić, bo można się nieźle przejechać jak się posłucha bajek opowiadanych przez personel). Co więcej - jak się już wybierze co chce, to można u takiego sprzedawcy od razu zapłacić (mają taką torbę z małą kasą fiskalną i czytnikiem kart, a gotówkę też chętnie akceptują).

Sprzedawcy stoją przy wejściu do sklepu i grzecznie czekają na kupujących - można sobie wybrać takiego sprzedawcę jakiego się chce, a nie pierwszego z kolejki. Więc jak ktoś jest bardzo wybredny to może sobie np. zrobić zakupy w towarzystwie wysokiej szczupłej azjatki (albo wysokiego, dobrze zbudowanego mulata). Aha - bo ktoś już mnie o to pytał - można sklep zwiedzać bez sprzedawcy i też jest OK. Można też się umówić przez internet ze sprzedawcą na konkretną godzinę i wtedy można sobie zamówić sprzedawcę, który jest ekspertem z danej dziedziny (np. zna się na cyfrowej obróbce dźwięku i pomoże nam kupić oprogramowanie (i sprzęt) do przygotowania hiphopowego hitu lata)

Oczywiście będąc na miejscu zrobiłem kilka zdjęć - jedno z nich (z oczekującymi sprzedawcami), prezentuję powyżej, a resztę znajdziecie tutaj.

14:26, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (22) »
piątek, 22 czerwca 2007
Klient ma prawo do gorącej kawy

Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję odwiedzić sklepy Almi-Decor.To taka firma, która zajmuje się sprzedażą mebli - dość wyszukanych i nie koniecznie najtańszych. Ja co prawda za takimi mebla nie przepadam, ale Almi-Decor ma coś jeszcze - nazywa się to Almi-Cafe i mają tam dobrą kawę i najlepsze naleśniki ze szpinakiem jakie mi się w życiu zdarzyło jeść.

Ostatnio byliśmy sobie (ja i Zuza, która udziela się tutaj dość rzadko) w Almi-Cafe w Złotych Tarasach (akurat to centrum handlowe to temat na oddzielny post - nie koniecznie pochlebny). Nie pamiętam co zamówiłem, ale Zuza zamówiła kawę (taką z bitą śmietaną) i naleśnik ze szpinakiem. Poprosiła przy tym o kawę przed naleśnikiem (widać była już bardzo śpiąca).

I rzeczywiście - najpierw podano kawę, ale naleśnik pojawił się 2 minuty później. Więc Zuza zaczęła zajmować się naleśnikiem, a kawa sobie stała i czekała (popijanie naleśnika kawą chyba nie jest najlepszym pomysłem). Oczywiście konsekwencje były takie, że jak się naleśnik skończył, to kawa była już trochę mniej ciepła.

W tym momencie zareagowała obsługa (bez żadnej uwagi z naszej strony). Najpierw Zuza została przeproszona, za to, że naleśnik pojawił się tak szybko i nie miała czasu podelektować się smakiem kawy. A następnie zaproponowano wymianę kawy na nową - świeżą i gorącą - oczywiście bez dodatkowych kosztów. Co dziwne - wszystko bez żadnej skargi ze strony klienta - po prostu obsługa była wyczulona na komfort klienta. 

Nie wiem, co o tym myślicie, ale mnie to bardzo pozytywnie zaskoczyło. Co prawda AlmiCafe ceny ma wyższe od McDonalda, ale często w dużo droższych miejscach taki poziom obsługi jest niespotykany.

08:44, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (8) »
wtorek, 12 czerwca 2007
Płacimy za szybką dostawę

W sklepach internetowych często jest tak, że przy zakupie można wybrać jedną z kilku opcji dostawy - od takiej w ciągu 24 godzin, do takiej, co trwa miesiącami i nie wiadomo czy dojdzie (w Polsce wystarczy w tym celu wybrać przesyłkę Pocztą Polską). I najczęściej jest tak, że im szybsza dostawa, tym więcej trzeba za nią zapłacić (co jest akurat logiczne).

Kilka dni temu znana księgarnia internetowa Amazon (a przynajmniej jak zaczynali to byli księgarnią, bo teraz to już sprzedają prawie wszystko) otworzyła sklep z obuwiem i torebkami - Endless.com.

Endless.com - logo firmy

Ciekawostką jest to, że firma oferuje dostawę w ciągu 24 godzin za cenę: -5 USD (tak - tam na początku jest minus). A więc za to, że towar dostarczany jest szybko płaci nie klient, tylko firma. Jest to w 100% zgodne z filozofią Jeffa Bezosa - założyciela Amazon'a, który twierdzi, że jak firma zaoferuje coś, czego chcą klienci, to zawsze na tym i tak ostatecznie zarobi. Moim zdaniem ruch jest dość śmiały, ale pewnie przyniesie odpowiednie rezultaty. Ciekawe czym jeszcze nas zaskoczy w najbliższym czasie pan Bezos?

21:52, jchoinski , Bingo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Sztuka rozpoczynania - gratuluję zwycięzcom

No właśnie - wczoraj minął termin nadsyłania zgłoszeń osób chętnych do otrzymania darmowej książki z autografem autora . W związku z tym dziś dokonałem losowania.

Zgodnie z zasadą Guy'a - "Underpromise and overdeliver" - zwycięzców jest troje. Spośród 53 osób, które się zgłosiły, książki wygrali:

  1. Małgorzata z Wrocławia
  2. Maciek z Krakowa
  3. Gabriela z Poznania

Zwycięzcy zostali powiadomieni o wygranej oddzielnym mailem, a wszystkich pozostałych zapraszam do odwiedzania bloga - za jakiś czas pewnie znowu pojawi się podobna okazja. Przy okazji zapraszam też do składania propozycji - jakie inne książki chcielibyście mieć możliwość wygrać - czekam na komentarze.

Dla zainteresowanych przebiegiem losowania załączam jeszcze zdjęcie maszyny losującej. Od razu uprzedzam, że zdjęcia Sierotki Marysi nie będzie.

maszyna losująca - słoik z losami

22:02, jchoinski
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Napisz do mnie

kuba(at)choinski.pl